Ale to też było w tej pracy bardzo pociągające: poznawać i odkrywać dla siebie, a potem dla innych ten fascynujący, obcy świat,wywiad z Marcinem Wysockim

Dzisiaj cały dzień poświęcamy na książkę Baku, Moskwa, Warszawa i po recenzji zapraszam Was na rozmowę z jej autorem.

Może na początek opowie Pan o sobie. Czym obecnie zajmuje się Marcin Wysocki?

Aktualnie skupiam się na promocji powieści „Baku, Moskwa, Warszawa” i to pochłania mi większość czasu. Ale oczywiście powoli też wracam do pisarskiej rzeczywistości, za którą się bardzo stęskniłem. Ta codzienność, komuś może się wydawać powtarzalna, więc i nudna, a dla mnie oznacza komfort pracy pełnej spokojnego namysłu, smakowania słów i stałego rytmu, niezbędnego, aby konsekwentnie iść do przodu. Oczywiście kocham to robić, ale, jak mówił mi mój mistrz z dawnych lat, któremu asystowałem w Teatrze Ateneum – Wojciech Młynarski – pisanie to przede wszystkim rzemiosło i regularna praca. A wena? To excuse dla leniwych; jedynie chimera, która pojawia się lub nie, i gdyby tylko na nią czekać, to by się człowiek nie doczekał. Właściwie postępuję tak, jak mój mistrz: po porannym rozruchu siadam do pracy o tej samej, wczesnej porze, jakbym był jakimś urzędnikiem albo robotnikiem, i wykonuję ją przez określoną ilość godzin. I tyle. To mój cały warsztat. Choć, moim zdaniem, ta powtarzalność wcale nie zabija magii tego zawodu, szczególnie w momencie, gdy głowa łączy się z sercem.

Ma Pan na swoim koncie cztery wydane pozycje. Nad którą pracował Pan najdłużej?

Na początku książki zajmowały mi mniej czasu – powiedzmy około dziesięciu miesięcy – poza doktoratem, który strawił aż trzy lata, ale to z innych względów, gdyż musiałem przeprowadzić badania terenowe. Potem, pomimo sukcesów – gdyż moja pierwsza książka historyczno-wspomnieniowa wygrała grant UdsKiOR, a potem doszła do finału Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego w 2017 r. – zrobiłem krok wstecz, aby pójść w bardziej komercyjnym kierunku, i zacząłem od nowa naukę metodologii. Poznawałem zasady panujące w rożnych gatunkach literackich, uczyłem się budowy bohaterów, dekoracji, świadomego zarządzania wszystkimi elementami narracji, tworzeniem konstrukcji, itp. Obecnie, mając to wszystko w głowie, okres pisania powieści wydłużył mi się do około półtora roku. Niemniej jednak mam dwie książki, nad którymi nadal pracuję, choć jedna z nich ma już dwa, a druga trzy lata. To nie znaczy, że na co dzień poświęcam im uwagę, jednak po napisaniu jednej wersji tekst „leżakuje”, abym po dłuższej przerwie spojrzał na niego nowym okiem. Właśnie tą dwuletnią powieść drogi zacząłem niedawno przepisywać w jakimś sensie od nowa, zmieniając w niej narratora z trzecioosobowego na pierwszosobowego, co jest pracochłonnym i wymagającym procesem. Jednak na pewno wyjdzie to książce na dobre. Nie przymierzając oczywiście, Ernest Hemingway, potrafił poprawiać jeden z rozdziałów czterdzieści dwa razy, ale jak widać opłacało się.

A która z nich jest Panu najbliższa?

Jak dotąd żadna nie była zbyt osobista, gdyż korzystałem z prawdziwych historii, przeżytych przez innych ludzi. Mam jednak szczególny sentyment do mojej przedostatniej publikacji, czyli „A jednak przeżyliśmy… (niezwykłe wspomnienia)”, gdyż praca z mieszkańcami Domu Kombatanta w Legionowie była czymś wyjątkowo wzruszającym i podniosłym. Dla mnie bardzo ważnym przeżyciem. Nie tylko z tego powodu, że bohaterowie tamtych czasów, opowiadając mi o tym, co przeszli, przeżywali tamte chwile na nowo; że mogli przejrzeć się w lustrach swoich historii i dokonać, w pewnym sensie, życiowego obrachunku z przeszłością, lecz także z tego powodu, że poznali się nawzajem, między sobą. Okazało się na przykład, że jedna z interlokutorek nie miała pojęcia, że jej sąsiadka z domu opieki, to siostra chłopaka z jej batalionu, w którym się na zabój kochała. Gdy to zrozumiały, przeczytawszy moją książkę, wpadły sobie w ramiona, płacząc jak dzieci. Ja zresztą także wtedy ryczałem, bo tak naprawdę po to właśnie ten zbiór ich historii napisałem. Na ich wieczną pamiątkę, ale i dla nich samych. Większość z moich kombatantów zresztą już dotąd zmarła – dwoje zanim książka pojawiła się drukiem, a kilkoro niedługo po publikacji, jakby czekali ze śmiercią tylko tę ostatnią spowiedź. Do dziś utrzymuję kontakt z niektórymi z tych, którzy pozostali przy życiu. Niestety, z racji albumowego wydania przez PIK w Legionowie, ta pozycja wydawnicza nie jest powszechnie dostępna poza tamtejszą biblioteką. Zresztą pewnie skromny nakład został już wyczerpany. O tej książce (między innymi) piszę na początku osi czasu na moim Facebookowym fanpage (@MMWysockiAutor)

Ile czasu zajęło Panu zebranie materiałów i napisanie najnowszej książki?

Opowieści i anegdoty Ajdyna Łazimowa – pierwowzoru bohatera książki, poznałem na Adriatyku, podczas kursu żeglarskiego. Na tyle mnie zafrapowały, że po powrocie do Polski nagrałem jego historię w kilku sesjach. Gdy już miałem możliwość się nią zająć, po skończeniu innej książki, rozpoczął się około dwumiesięczny proces przygotowawczy, z angielska zwany reaserch. Natomiast samo wypełnianie konstrukcji powieści treścią oraz późniejsze poprawki około roku. Czyli razem jakieś czternaście miesięcy.

Przybliża Pan czytelnikowi historię Azerbejdżanu, to kraj z którym jest Pan jakoś związany poza znajomością z artystą wspominanym we wstępie?

Niestety, nie. Kraj, naród, jego kultura, obyczajowość i historia, a nawet geografia tego miejsca były mi zupełnie obce. Jak podejrzewam, moje wiadomości na ten temat były na poziomie ogólnopolskim, czyli bliskie zeru. Ale to też było w tej pracy bardzo pociągające: poznawać i odkrywać dla siebie, a potem dla innych ten fascynujący, obcy świat. Myślę, że każdy czytelnik po lekturze mojej powieści, będzie miał w głowie sporo informacji o tym państwie i zamieszkujących go ludziach, przekazanych jednocześnie na miękko i nienachalnie. Niestety pandemia uniemożliwiła mi wizytę w tym kraju i zwieńczenia przygody azerskiej, ale liczę, że to się jeszcze zmieni.

Powieść obyczajowa to jest gatunek, w którym chce Pan tworzyć w przyszłości?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, gdyż nadal poszukuję i eksperymentuję. W końcu jest to mój – co by nie było – debiut. Przyznam, iż pracowałem przez jakiś czas nad kryminałem, obecnie dopieszczam zbiór opowiadań i przetwarzam od nowa filozoficzną powieść drogi, o której wspominałem. Ponieważ w żadnej z tych form nie jestem ortodoksyjnie gatunkowy – po to poznawałem zasady, aby je teraz móc łamać i dostosowywać do swoich potrzeb – więc zapewne ważniejszy od rodzaju literatury, którą będę uprawiał, będzie mój własny styl narracji i sposób obserwacji świata.

Pracuje Pan obecnie nad jakąś książką? Jeśli tak to można już uchylić rąbka tajemnicy?

Już mówiłem o dwóch równolegle rozwijanych tekstach. Pierwszy, to zbiór opowiadań o miłości, a dokładniej historii par, które poznały się przez Internet. A drugi, to filozoficzna powieść drogi – jednak tutaj będę bardziej powściągliwy z przybliżaniem tematyki, jeśli Pani pozwoli.

A w życiu osobistym po jakie książki sięga Pan najchętniej?

Moim mistrzem niedoścignionym jest Wiesław Myśliwski i trudno jest mi nawet marzyć o tym, aby pisać równie mądre, głębokie i przemyślane książki. Ostatnio częściej wpadają mi w ręce reportaże – szczególnie Swietłany Aleksejewicz, ale także i naszego rodzimego Mariusza Szczygła. Z przyjemnością i podziwem dla talentu autora, obserwuję rozwijającą się karierę Szczepana Twardocha. Myślę, że to może być nasz przyszły noblista. Poza tym czytam Bronkę Nowicką, Joannę Bator, Pawła Huele, no i oczywiście Olgę Tokarczuk. Do tej listy dodałbym wiele utworów nieznanych jeszcze szerokiej publiczności, którymi dzielą się moi koleżanki i koledzy z dwóch grup literackich, w których uczestniczę. Z zagranicznych pisarzy wymienię Michela Houellebecqa czy Borysa Akunina. A, zapomniałbym o moim drogim sąsiedzie, profesorze filozofii, który podrzuca mi takie „ciężary” jak Roberto Calasso.

Jaka książka zrobiła na Panu ostatnio duże wrażenie?

Największe dzieło, które przeczytałem w ciągu ostatnich chyba dziesięciu lat, to „Widnokrag” Wiesława Myśliwskiego – mój ideał artystyczny. A może poza mistrzostwem warsztatu, autor trafił także do mojego serca – skarbnicy doświadczeń i wspomnień, związanych z prowincją, na której spędzałem całe wakacje, pasąc krowy, gęsi i uczestnicząc w żniwach. Natomiast najtrudniejszy tekst jaki kiedykolwiek czytałem w życiu i przy którym wylałem morze łez, to Swietłana Aleksejewicz „Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy”. Po obcowaniu z taką literaturą, wszystko co płytkie, rozrywkowe, choć także jest potrzebne, wydaje się miałkie.

Marta Mrowiec

Gdyby nie książki zapewne więcej pisałaby o muzyce, gdyby nie muzyka więcej pisałaby o książkach. Dwa światy, które wypełniają moje życie. Świat dźwięków, o których szerzej wypowiadam się na jednej ze stron muzycznych oraz świat kreowany za pomocą słowa, o którym wypowiadam się tutaj.

Ostatnio opublikoWANE