Patrząc na tytuł to kocham cię były pierwszymi słowami, jakie przychodziły mi na myśl jeszcze przed przeczytaniem książki autorstwa Ashley Rhodes-Courter. Co ciekawe sama autorka miała zupełnie coś innego na myśli pisząc swoją historię.

Dwa zwykłe słowa to autobiograficzna historia z elementami reportażu, która została opowiedziana z perspektywy Ashley, dziewczynki, która w ciągu dziewięciu lat przebywała w czternastu różnych domach zastępczych. Doświadczyła w nich rzeczy niewyobrażalnych dla normalnych ludzi. Wielokrotnie była bita, karana w przeróżny, czasami bardzo bolesny sposób, a co najgorsze była odtrącana. To właśnie opowieść o odrzuceniu i osamotnieniu. Przez takie wydarzenia dziewczynka nie potrafiła zaufać dorosłym, a swoim zachowaniem próbowała nie tyle zwrócić na siebie, co pokazać, że również potrafi być nieczuła. To swoiste wołanie o pomoc. Tym bardziej przerażające, że pozostające bez echa. Dwa zwykłe słowa pokazuje dramat małej dziewczynki, ale również wielu innych dzieci, które doznały wielu cierpień ze strony osób, które miały się nimi opiekować, które miały zapewnić im bezpieczny i kochający dom zastępczy. Nie dość, że doznały one odrzucenia przez własne rodziny to dodatkowo, jak na ironię losu, w domach zastępczych czekało je piekło na ziemi.

Dwa zwykłe słowa to pamiętnik, który w pewnym stopniu stanowił formę autoterapii. Ashley bezkompromisowo opisuje swoje życie, chociaż obecnie jest już trochę zdystansowana do swojej przeszłości to jednak jest to historia pełna emocji. Zarówno tych jakie odczuwała jako mała dziewczynka, jak i tych, które towarzyszą jej teraz, dojrzałej kobiecie, której udało się pogodzić się z przeszłością. Autorka oprócz swojego dzieciństwa wspomina także proces, który został wytoczony jednym z jej rodziców zastępczych. Z jej historii wyłania się obraz nieudolnego systemu opieki społecznej, który nie spełnia swoich funkcji, przymyka oko na wiele rzeczy, przez co najbardziej cierpią dzieci. Osoby, które nie potrafią same o siebie zadbać i które powinny być chronione.

Historia opisana przez autorkę przypomniała mi nieco książkę Alan Philps i John Lahutsky Porzucony opowiadającą historię małego Wani i jego koszmarnej drogi z rosyjskiego sierocińca. Obie te opowieści wstrząsają i poruszają. Stanowią swego rodzaju alarmowe światło dla służb mających na celu ochronę dzieci. Przemoc domowa bywa niezauważalna, a czasami ludzie po prostu nie chcę jej zauważać i reagować.