Ostatnio opowiadałam Wam o książce Pielęgniarka, a dzisiaj zapraszam na rozmowę z Autorką.
Główna bohaterka Pielęgniarki inspirowana jest postacią Zofii Szlenkier. Kiedy po raz pierwszy spotkała się Pani z postacią Zofii?
Pierwszy raz przeczytałam o Zofii Szlenkierównie, doszkalając się do którejś z poprzednich książek. Już teraz nawet nie pamiętam, do której. Sama się nad tym ostatnio zastanawiałam, bo mam na koncie kryminały, których zakres tematyczny nawet nie ociera się o to, co zaprezentowałam w „Pielęgniarce” i naprawdę trudno mi teraz odtworzyć, jaki ciąg skojarzeń doprowadził mnie właśnie do tej postaci. Przygotowując się do napisania książki, określam zagadnienia, które będę musiała zgłębić, ale często dzieje się tak, że gdy jakiś temat mnie porywa, przeskakuję od niego na pokrewny, potem kolejny i kolejny i nagle okazuje się, że czytam o czymś kompletnie innym niż planowałam, czy wręcz potrzebuję.
Czy to już wtedy zrodził się w Pani pomysł napisania tej historii?
Nie. Pomysł na „Pielęgniarkę” dojrzewał we mnie latami. Przychodziły do mnie kolejne elementy, bez presji, bez pośpiechu. To nie było tak, że usiadłam pewnego dnia z notatnikiem i zaczęłam wypunktowywać pomysły, gnana chęcią pracy twórczej. Postać Zofii Szlenkier zafascynowała mnie już przy pierwszym spotkaniu, to na pewno. Sporo wtedy o niej poczytałam, co robię zawsze, gdy coś mnie zaciekawi. Potem magazynuję te zagadnienia, pewnie nawet nie do końca świadomie, tworząc własną bibliotekę wspomnień i inspiracji. Ta książka tak długo wyłaniała się z nicości, że naprawdę nie umiem już teraz powiedzieć, na jakim etapie uznałam, że osią, wokół której będę snuła opowieść o losach bohaterów stanie się raczkujące świeckie pielęgniarstwo. Pewnie na jakimś etapie rozmyślań, otworzyła mi się szufladka, w której przechowywałam historię Zofii Szlenkier. W każdym razie cieszę się, że tak się to właśnie poskładało.
Z jakich materiałów i źródeł korzystała Pani podczas pracy nad książką?
Sporo czasu zajęło mi odtworzenie ówczesnej Warszawy. 86 procent stolicy zostało zburzonej po powstaniu, tylko niewielką część tego odbudowano w niezmienionym kształcie. Oglądając zdjęcia z dwudziestolecia międzywojennego albo jeszcze starsze ryciny, często nie miałam pojęcia, na co patrzę, chociaż przecież urodziłam się i wychowałam w Warszawie. Żeby się w tym wszystkim połapać, studiowałam wojskowe mapy z okresu 1900-1920 i rozliczne albumy. Kupiłam też przewodnik z roku około 1860, który okazał się świetnym zbiorem ciekawostek, bo dał mi wgląd nie tylko w ówczesne miasto ale również w język i obyczaje. Oprócz tego zgromadziłam książki o początkach pielęgniarstwa, o historii ówczesnej Warszawy, o rodzinie Szlenkierów, a nawet o ich pałacu, a z drugiej strony o życiu robotników. Ponadto czytałam pamiętniki, wspomnienia. Uzbierałam całkiem zgrabny stosik. Do tego oczywiście research online.

Pisała Pani zgodnie z planem, czy dała się porwać fabule?
Jedno wcale nie wyklucza drugiego. Ja zawsze piszę zgodnie z planem, bo jeśli fabuła ma się zamykać w jakieś zgrabne koło, wątki mają się łączyć w zaskakujący, jednak logiczny sposób, to muszę mieć jasność co do tego, dokąd zmierzam. Najważniejsze, co musi być ustalone to precyzyjna chronologia wydarzeń, również tych, których wcale nie wspominam, ale które definiują bohaterów i kształtują ich w określony sposób. To jest mój szkielet, który zawieram w kilku krótkich punktach. Bez tego nie ruszę. Ale dopiero gdy piszę, dochodzą wszelkie smaczki, które decydują o charakterze książki i mnóstwo dygresji, które porywają mnie gdzieś na boczne drogi i często mnie samą zaskakują.
A jak przy pisaniu jesteśmy to, czy ta wspominana często wena faktycznie istnieje?
Jeśli istnieje, to ja takiego błogosławieństwa nie doświadczam. Są godziny w ciszy z komputerem na kolanach. Jedne trudniejsze, kiedy zwalczam pokusy, by poprzeglądać buty na Zalando albo wybrać się na kolejną wycieczkę do lodówki, inne łatwiejsze, kiedy cała wchodzę w tekst i on zaczyna mnie nieść. Niestety nie osiągam nigdy etapu drugiego bez przemęczenia się przez pierwszy.
Pielęgniarka to powieść o sile kobiet, co chciała Pani nią jeszcze przekazać?
Dla mnie ta książka to swoista mozaika. Każdy z bohaterów dokłada do niej coś zupełnie innego i na poziomie fabularnym, i emocjonalnym. Jeden przynosi ze sobą traumę pierwszej wojny światowej, inna postać trudy pokonywania barier społecznych. Jest kontrast pomiędzy bezpieczną tradycją i szokującym nowatorstwem, co zresztą nie zmieniło się do dziś. Jedynie elementy, którymi uzupełnimy równanie, ale nie mentalność. Jednak mimo wszystkiego, co zawarłam w „Pielęgniarce” nie traktuję jej jako lekcji dla Czytelników. W ogóle nie przyszło mi to do głowy. Myślę, że odbiór jest tak indywidualną sprawą, że każdy znajdzie w książce co innego.
Zdarza się pani wracać do przeczytanych książek? Jeśli tak, to do jakich najczęściej?
Czasem tak. Do niektórych wracam z sentymentu, bo niczym wehikuł czasu przenoszą mnie do innego miejsca w życiu. Zdarza się, że wezmę do ręki „Bridget Jones”, która wciąż mnie bawi albo jeden z ulubionych tomów Sagi o Ludziach Lodu, w których zaczytywałam się w liceum. One nieco gorzej zniosły próbę czasu, ale sentyment został. Do innych książek wracam, bo bardzo je cenię jak choćby „Przeminęło z wiatrem” czy „Gorzko gorzko” Joanny Bator. Odrębną kategorię stanowi literatura dziecięca, którą odkrywam ponownie ze swoimi córkami. Książki Astrid Lindgren mogłabym recytować, „Ania z Zielonego Wzgórza” nie zostaje daleko w tyle.


