Lipcowy klub filmowy był niezwykle różnorodny. Mogliśmy zobaczyć filmy zarówno te komediowe, jak i nieco refleksyjne. Nie wszystkie przypadły mi do gustu, jednak każdy z nich wywołał jakieś emocje.

Śmierć Stalina

Pierwszy film w lipcu, po którym miałam mieszane uczucia. Z jednej strony bawiłam się dobrze, naprawdę można się pośmiać, z drugiej cały czas uważam, że są rzeczy, momenty w historii, bolesna doświadczenia, z których nie powinno się śmiać, które nie powinny stanowić podstaw do żartów. Sam film stanowi opowieść o tym co dzieje się po śmierci dyktatora. Pokazuje jak władza o przysłowiowy stołek działa na ludzi i to co są w stanie dla niego zrobić. Historia ta niezależnie od czasów jest uniwersalna i nie trzeba daleko szukać, aby zaobserwować podobne zachowania. Niemniej Śmierć Stalina to dobra rozrywka, jednak jak widać na moim przykładzie być może nie dla każdego. Czarna komedia, która momentami wywołała we mnie niesmak. O wiele bardziej przypadł mi do gustu Dziennik maszynisty, o którym pisałam poprzednio.

Lato 1993

Niespieszna opowieść o Fridzie, małej dziewczynce, która po śmierci rodziców trafia pod opiekę wujostwa. O jej buncie, potrzebie miłości i akceptacji, o chęci bycia w centrum uwagi. Film płynie niezwykle leniwie. To po części autobiograficzna opowieść, więc tym bardziej ujmuje. Pokazanie całości z perspektywy dziecka nie jest łatwe, jednak reżyserce się to udało. Co więcej ostatnia scena, którą każdy może interpretować na różne sposoby dosłownie rozrywa serce i w moim przekonaniu chociażby dla niej warto zwrócić uwagę na te produkcję.

Nigdy Cię tu nie było

Film, w którym krew leje się strumieniami. Dosłownie. Nigdy Cię tu nie było to historia byłego agenta, który postanawia odnaleźć córkę, jednego z polityków. Jak się okazuje sprawa ma drugie dno i uwikłani są w nią ludzie na wysokich stanowiskach, chociaż tak właściwie stanowi trzon tej historii schodzi na drugi plan. tutaj istotne są wydarzenia z przeszłości, które odcisnęły piętno na głównym bohaterze. Ponury, surowy, brutalny. To pierwsze skojarzenia po seansie. Z drugiej strony nieco przytłaczający.

Wyspa psów

Animacja znanego z filmu Grand Budapest Hotel (swoją drogą polecam!) Wesa Andersona to historia trudna i zdecydowanie skierowana do dorosłego odbiorcy. Doceniam dbałość o detale i sposób pokazania brutalnej rzeczywistości, jednak gdzieś w tym wszystkim czegoś mi zabrakło. Pewnie dlatego, że nastawiałam się na typową animację, a cóż to wcale nie jest bajka dla dzieci. To swego rodzaju opowieść o przemocy, wykorzystywaniu władzy i totalitaryzmie. Co krok miałam skojarzenia przywołujące obozy koncentracyjne i ówczesne traktowanie „gorszych” ludzi w tym przypadku chodzi o ostateczne rozwiązanie kwestii psów. Cóż, brzmi znajomo? Wizualnie i muzycznie bardzo na plus, jednak w fabułę nie potrafiłam się wciągnąć.

Oglądaliście, któryś z tych filmów? 😉