Po debiucie jakim była Kamfora przyszedł czas na kontynuację losów Leny Zamojskiej. Matnia, bo o niej mowa to druga część, która swoją fabułą naprawdę mnie zaskoczyła.

Po dramatycznych wydarzeniach w Kamforze (recenzja tutaj) Lana postanowiła na chwilę zniknąć, by spróbować poukładać swoje życie i dojść do siebie po traumatycznych doświadczeniach związanych z Kamforą. Po jakimś czasie wraca do Krakowa, by założyć firmę, w której chce wykorzystywać swoją wiedzę z zakresu mowy ciała. Nie wie, że jej powrót związany jest z pojawieniem się osób, o których próbuje zapomnieć, a co więcej, którzy już nigdy nie mieli zakłócać jej życia. Nadal jednak nie potrafi poradzić sobie ze wspomnieniami, nocą ma koszmary a w ciągu dnia żyje w strachu. Przyjaciółka podejrzewa u niej zespół stresu pourazowego, jednak kobieta długo się tego wypiera. By na dobre rozprawić się z przeszłością postanawia na nowo przyjrzeć się aktom sprawy, która tak wiele ją kosztowała. Nie wie, że taki powrót okaże się bardzo niebezpieczny.

Jak na gatunek jakim jest kryminał autorka bardzo niespiesznie zawiązuje akcję. Dużo uwagi poświęca osobie Leny Zamojskiej oraz jej problemom, dzięki czemu mamy okazję lepiej ją poznać. Kolejna sprawa kryminalna prowadzona przez jej kolegów wydaje się być zaledwie tłem, jednak tylko do pewnego momentu. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. O ile zakończenie Kamfory mogło być, dla niektórych mało zaskakujące tak pomysł na Matnię na pewno taki jest. Matnia świetnie uzupełnia wątki z Kamfory, a co więcej otwiera furtkę autorce na kolejną część. Kolejny raz mamy też okazję zagłębić się w tajniki analizy mowy ciała, a także z bliska poznać zasady krav magi. To ciekawy pomysł na urozmaicenie prowadzonych wątków.

Matnia nie ma zawrotnego tempa i pędzącej akcji. To raczej kryminał z wyraźnie zarysowanym tłem społeczno-psychologicznym, który koncentruje się na dwóch konkretnych wątkach tj. osobie Leny i jej problemach oraz śledztwie Wrońskiego i Zagórskiego w sprawie dwóch morderstw, które pośrednio są ze sobą związane. Takie rozwiązanie pokazuje, że czasami mniej znaczy lepiej.