Tam gdzie są duże pieniądze i zwycięża chytrość, tam często ludzie są w stanie zrobić wszystko i pojawiają się oszuści bazujący na niewiedzy, nieszczęściu a czasem zwykłej pazerności.

198 stron. Tyle dokładnie stron ma książka Mateusza Ratajczaka. Właściwie można przeczytać ją w jeden wieczór. Wielokrotnie się zdziwić i pozostać z przekonaniem, że to przecież jest niemożliwe. A jednak. Po słynnej aferze z Amber Gold ludzie nadal dają się naciągać, wykorzystywać, skłonni są zastawić swoje domy, wziąć pożyczki i przelać pieniądze zupełnie obcej osobie, która obiecuje złote góry. Po pewnym czasie kontakt się urywa, a zamiast złotych gór zostaje depresja, wstyd i czasami horrendalne długi. jak to możliwe? Cały mechanizm został opisany w Łowcach z kotłowni, jak nazwani zostali pracownicy biur zajmujących się „marketingiem”. Tak właśnie brzmi oficjalne stanowisko w tej kwestii. To jedna z sytuacji, która zadziwia. Druga to atmosfera, panujące zwyczaje i reguły, a raczej ich brak jakimi rządzą się tytułowe kotłownie. Ratajczak na własnej skórze przekonuje się do panujących tam zasad. Zatrudnił się w jednej z takich kotłowni, by poznać jej działania od środka. Oprócz tego znajdziemy w niej dwa wywiady, jeden przeprowadzony z dotyczący kłamstwa, a drugi z odnośnie technik manipulacji.

Książka Łowcy z kotłowni otwiera oczy na świat podejrzanych inwestycji finansowych, szokuje i wprawia w osłupienie, że takie procedery funkcjonują w naszym państwie i mają się całkiem nieźle. Chciałabym, aby po tę książkę sięgnęły osoby najbardziej podatne na wpływy wszelkiego rodzaju doradców. Bo co innego, gdy na pokazie kupisz komplet garnków, czy pościel z wielbłąda, a co innego, gdy zainwestujesz setki tysięcy złotych i zostaniesz z niczym. Co ciekawe mechanizmy działania są tutaj całkiem podobne.

Łowcy z kotłowni to bardzo ciekawa lektura o świcie finansów, do którego czasami zwykły śmiertelnik nie ma dojścia lub po prostu się na nim nie zna i ufa niewłaściwym osobom. Autor pokazuje także niemoc polskiego wymiaru sprawiedliwości, które próbuje, a przynajmniej takie sprawia wrażenie w końcu zabrać się za wszystkie instytucje obiecujące złote góry. Warto przeczytać a przede wszystkim nie wierzyć ślepo w mnożące się zyski.

Co skłoniło cię do tego, żeby zatrudnić się wśród „łowców frajerów”?

Pewnego dnia przyszedł do mnie człowiek i powiedział, że nie uwierzę w to, co za chwilę od niego usłyszę. Zgodziłem się na spotkanie, z czystej dziennikarskiej ciekawości. A on zaczął od tego, że zawodowo manipulował i oszukiwał. Pracował w miejscu, w którym motywowano go do wciskania ludziom kitu za wszelką cenę. Im więcej kitu wcisnął, tym więcej mógł zarobić. Uciekł stamtąd po miesiącu. Na tyle gryzło go sumienie, że postanowił coś działać. I tak się spotkaliśmy.

Cały wywiad z autorem znajdziecie pod linkiem. Warto przeczytać.