Natasza Socha – Maminsynek (2015)

Natasza Socha  w swojej najnowszej książce zatytułowanej Maminsynek odnosi się do coraz częściej występującego problemu, jakim są mężczyźni po 30-stce nadal pozostający na garnuszku u mamy. I chociaż jej opowieść jest mocno ironiczna i przerysowana to pozwala na chwilę zastanawiania nad tym faktem.

Matce została poświęcona jedna z moich poprzednich recenzji, a dokładniej Jeszcze jeden dzień Mitcha Alboma. Tam główny bohater źle odnosił się do swojej matki, nie poświęcał jej uwagi i zrozumiał to wszystko po jej śmierci. Niewątpliwie Matka odkrywa w naszym życiu bardzo ważną rolą, powinna być dla nas najważniejszą osobą, gdyż to dzięki niej znaleźliśmy się na tym świecie. Do pewnego czasu to ona kieruje naszym życiem i naszymi wyborami. Jednak co dzieje się jeżeli nie potrafmy w odpowiednim momencie przeciąć pępowiny i zacząć samemu decydować o własnym życiu? Co w przypadku, gdy matka nawet w dorosłym życiu jest dla nas całym światem, wyrocznią, przysłowiową Alfą i Omegą?

Leander – nasz główny bohater, czyli tytułowy maminsynek – ma tylko matkę, ojciec zostawił ich, gdy on był malutki. Właściwie zrobił to za przyzwoleniem matki, która nie widziała świata poza swoim synem. Dosłownie. Sama odebrała poród, gotowała wszystko z naturalnych składników a nawet uczyła Leonarda, gdyż ten nie chciał chodzić do przedszkola. Chłopczyk był bardzo związany ze swoją mamą, co w dzieciństwie jest normalne. Jednak Leander, który jest już po 30. roku życia nadal jest silnie związany z mamą. Do tego stopnia, że ona nadal całuje jego nóżki śmierduszki. 30-sto letniemu facetowi! Co więcej Leander uważa to za normalne, tak jak spędzanie świąt Bożego Narodzenia wyłącznie z mamą, gdyż są to święta rodzinne (to jeszcze jestem skłonna zrozumieć). Kiedy w życiu Leandra zaczynają pojawiać się kobiety to matka decyduje, która zostanie w jego życiu na dłużej. Wiele z kobiet nie wytrzymuje presji z jej strony i rezygnuje. Inaczej jest z Amelią. Usilnie wierzy, że jest w stanie dogadać się z matką Leandra i sprawić, by ten się od niej wyprowadził i stanął z nią na ślubnym kobiercu. W akcie desperacji decyduje się zajść w ciążę uprzednio nie wspominając o tym swojemu parterowi. Wierzy, że to go odmieni.

Natasza Socha w bardzo lekkiej i zabawnej historii pokazała wielu współczesnych facetów, którzy stabilności szukają mieszkając z matką, gdyż tak jest zwyczajnie najwygodniej. Często tłumaczą się względami ekonomicznymi. Wracają po pracy do czystego domu, wszystko jest wyprane i wyprasowane a na stole czeka pyszny obiad. Najlepiej dwudaniowy z deserem. Decydując się na przerwanie pępowiny wracaliby do pustego mieszkania, zamawiali jedzenie na telefon, do tego musieliby prać i sprzątać i prasować. Czyż pierwsza opcja nie wygląda lepiej? A co w przypadku, gdy w ich życiu pojawia się kobieta? Otóż albo decydują się wyprowadzić od matki i wówczas istnieje szansa, że pępowina zostanie zerwana bądź jest to związek z doskoku, jak w przypadku naszego bohatera. Drugą kwestią, którą porusza autorka jest fakt wyręczania mężczyzn w wielu czynnościach, gdyż my – kobiety – oczywiście zrobimy to lepiej, szybciej i dokładniej. Otóż jeżeli od dziecka mężczyzna jest we wszystkim wyręczany, wpierw przez matkę, następnie przez dziewczynę/narzeczoną/żonę to trudno spodziewać się, by z własnej inicjatywy coś chciał zrobić. Pokoleniu maminsynków winni są również ojcowie, którzy przedwcześnie zostawiają swoje żony z małymi dziećmi a te chcąc im zrekompensować brak drugiego rodzica potrafią stanąć na głowie. Stąd nadmierna opiekuńczość, troska i miłość, która jest przelewana do jedynego mężczyzny w ich życiu – syna.

Jak mawia stare porzekadło kij ma dwa końce. Mężczyźni, którzy szanują swoją matkę, opiekują się nimi mogą być postrzegani jako potencjalni, dobrzy kandydaci na męża. Dlaczego? Odwołując się do kolejnych stwierdzeń, które zakorzeniły się w naszym społeczeństwie, mężczyzna będzie tak traktować swoją żonę, jak odnosi się do matki. Podobno. Musimy zdawać sobie sprawę, że nie dotyczy to każdego. Leonard wydaje się być idealnym kandydatem i właśnie tak postrzega go Amelia. Gdzie zatem jest granica opieki i troski? Czy syn powinien być na każde zawołanie swojej matki? Nie. Leonard tego nie rozumie. Jego więź z matką jest bardzo silna i to właśnie matka jest kobietą jego życia. Najważniejszą kobietą.

Narracja prowadzona jest z dwóch perspektyw: Leandra a następnie oczami Amelii. Mamy dwa punkty widzenia i dwa podejścia do problemu (jestem świadoma, że dla Leandra nie jest to problem). Maminsynek to książka napisana z przekąsem. Trochę prześmiewcza i ironiczna z dużą dawką poczucia humoru i dystansu. Jednak mimo lekkiej fabuły (dosyć stonowanej) książka ta jest lekcją realistycznego, namacalnego życia – wzbudza niepokój i daje do myślenia. I chyba w tym tkwi jej główny atut. Otwiera czytelnikowi (zapewne w większości płci żeńskiej) oczy na wiele istotnych kwestii i doskonale rysuje portret psychologiczny potencjalnych maminsynków. Dodatkowo Socha w wielu miejscach celnie ujmuje współczesny świat, jak chociażby kwestię idealnych facetów:

Bardzo spodobał mi się fragment odnoszący się do osób, które spotykamy w naszym dzieciństwie i znajomościach, z których rodzi się przyjaźń (bardzo trafne i życiowe)

Doświadczenia z dzieciństwa mają ogromny wpływ na to, komu w przyszłości zaufamy i kto zostanie naszym przyjacielem. Najczęściej wybieramy osoby podobne do nas – o zbliżonym światopoglądzie, podejściu do życia, temperamencie i poczuciu humoru. Albo takie, które nas całkowicie akceptują, nawet jeśli w opinii innych jesteśmy nienormalni

Socha dostrzega wiele aspektów w naszym życiu i wszystkie swoje spostrzeżenie podaje nam w niezwykle lekkiej książce. Odprężamy się przy niej i naprawdę dobrze bawimy podczas jej lektury. Lekka, iście wiosenna pozycja, przy której nie będziemy się nudzić, w dodatku niezwykle na czasie (w reklamie jednego z pism kobiecych widziałam, że ma pojawić się artykuł odnośnie dorosłych synów swoich matek). O ile fabuła książki jest zabawna, sama poruszana tematyka jest dosyć istotna i godna przemyślenia. Przeraża chora, emocjonalna więź matki z synem. Jedyne co mnie delikatnie rozczarowało to zakończenie. Spodziewałam się mocnego zakończenia a autorka zostawiła je otwarte, dając szansę czytelnikowi na dopisanie własnej historii. Na koniec nie mogę zapomnieć wspomnieć o okładce. Świetnie dopasowana do tematyki, na pozór uroczy mężczyzna z jeszcze bardziej uroczym pluszakiem. Uważajcie na takich!

P.S. na zdjęciu Lilu. Poznajcie się 😉

Marta Mrowiec

Gdyby nie książki zapewne więcej pisałaby o muzyce, gdyby nie muzyka więcej pisałaby o książkach. Dwa światy, które wypełniają moje życie. Świat dźwięków, o których szerzej wypowiadam się na jednej ze stron muzycznych oraz świat kreowany za pomocą słowa, o którym wypowiadam się tutaj.

Ostatnio opublikoWANE