Oddawaj różdżkę, Phong! to niezwykle zabawna opowieść o współczesnych relacjach damsko – męskich. Przeczytajcie wywiad z Łukaszem Wasilewskim. Porozmawialiśmy właśnie o relacjach, kobietach, pracy pisarza i o geekach.

Twoi bohaterowie pracują dla Fundacji, której celem jest uświadamianie kobiet na temat ich słabości. Przyznam, że dosyć intrygujący cel. Uważasz, że współczesne kobiety nie radzą sobie ze swoimi słabościami i potrzebują bodźca, który pchnie je do działania?

Nie będę udawał wojującego feministy. Ideą Fundacji jest przede wszystkim w przewrotny sposób uświadamiać ludziom (nie tylko kobietom), że często przejmują się bzdurami, które rzutują na ich całe życie. Jest też druga strona medalu, moim zdaniem nawet ważniejsza – czy ktoś prawo decydować za nas o naszych wyborach? Nawet jeśli są to wybory złe, to czy gdy ktoś roztoczy nad nami parasol ochronny, wyjdzie nam to na dobre? Mam nadzieję, że czytelnicy się nad tym zastanowią.

Skąd czerpałeś inspiracje do stworzenia swoich bohaterów. Mają oni swoje pierwowzory wśród znanych Ci osób, czy są wyłącznie wymysłem Twojej wyobraźni?

Wszystko może być inspiracją. Własne przeżycie, podsłuchana w autobusie rozmowa, pojedynczy fakt z książki historycznej opowiadającej o zupełnie innym okresie niż te, które moglibyśmy pamiętać, i rozgrywająca się po drugiej globu. Moi znajomi odnajdują w postaciach z „Oddawaj różdżkę, Phong!” swoje cechy i fragmenty anegdot, ale raczej nie zdarza mi się bazować postać na jednej osobie. Każdy bohater jest zlepkiem moich pomysłów, fragmentów z bazy danych w mojej głowie i improwizowanych podczas pisania dialogów. Zresztą w przypadku dialogów też często uprawiam recycling:P Część wypowiedzi (nawet w obrębie jednego dialogu) może być wymyślona podczas pracowania nad daną sceną, część być fragmentami moich wypowiedzi podczas rozmowy z przyjacielem sprzed roku, a jeszcze inna część pojedynczymi zdaniami zasłyszanymi w dniu pisania. I tak radośnie wszystko to sobie kleję, dostosowuję do swoich potrzeb i już – dialog gotowy.

Przyznam, że bardzo trafnie opisujesz zachowania i reakcje kobiet. Łapałam się nawet na tym, że sama w wielu sytuacjach zachowałabym się podobnie. Skąd u Ciebie taka znajomość nas – kobiet, naszej psychiki?

O tym, jak dobrze rozumiem kobiety (i że jest to wręcz trochę podejrzane:P), czytam w co drugiej recenzji. I za każdym razem muszę dany fragment przeczytać jeszcze raz, bo aż trudno mi w te słowa uwierzyć. Dlaczego? Bo uważam, że wcale kobiet nie rozumiem 😀 Miałem nadzieję, że moje opisy kobiecych rozmów czy rozkmin będą miały chociaż akceptowalny poziom i nie narażę się na śmieszność, a zabieram za nie prawie same pochwały. Nie ogarniam:P Widocznie niezły ze mnie obserwator i mam ucho do dialogów. Jestem osobą, która regularnie robi notatki (najczęściej w telefonie) – zarówno w pracy, jak i komunikacji miejskiej czy podczas imprezy. Zapisuję sobie różne zachowania i teksty – tak na wszelki wypadek. A, jest jeszcze jedno – być może moje rzekome zrozumienie kobiet wynika z tego, że pierwiastek kobiecy jest u mnie silnie rozwinięty? Innego wytłumaczenia nie widzę.

Twoja książka jest bardzo szczegółowa, zarówno w opisach miejsc jak i ludzi. Lubisz obserwować to co się wokół Ciebie dzieje? Stanowi to dla Ciebie punkt odniesienia podczas pisania?

Wiele osób mówi mi, że jestem dobrym obserwatorem, więc coś w tym musi być. Przypuszczam, że wyrobiłem sobie nawyk obserwowania przez to, że odkąd pamiętam, jestem introwertykiem. Dlatego to obserwowanie, a nie inicjowanie interakcji wydaje mi się najbardziej naturalne.

Skoro już jesteśmy przy pisaniu. W Twojej książce jest wielu bohaterów, dużo się dzieje. Jak powstawała książka, stworzyłeś jej zarys i potem się go trzymałeś czy raczej pisałeś na tzw. żywca?

Początkowo pierwszy rozdział był samodzielnym opowiadaniem. Ale gdy kończyłem je pisać, przyszło mi do głowy, żeby stało elementem większej całości. Po wymyśleniu Fundacji było już górki. Stworzyłem ogólny zarys (a nawet zakończenie!), bohaterów, powiązania między nimi i zacząłem pisać. To był błąd:P W pewnym momencie okazało się, że taki spontan bywa niepraktyczny. Musiałem na jakiś czas przystopować. Parę kwestii przemyślałem, zrobiłem arkusz kalkulacyjny w Excelu (!), który pomógł mi zapanować nad obecnością bohaterów w kolejnych rozdziałach i kolejnością tych rozdziałów. Znowu się potwierdziło, że jestem wzrokowcem. Gdy zobaczyłem rozdziały w formie kolumn, od razu stało się jasne, które wydarzenia muszą być przed którymi, co trzeba dopisać itp. Dlatego zanim zacząłem pisać drugą powieść, postarałem się stworzyć w miarę szczegółowy plan. Ale plany to jedno, a życie drugie – znowu zacząłem pisać za wcześniej i musiałem zrobić przerwę. Poza tym czasami można coś zaplanować, a później okazuje się, że nie pasuje to charakteru bohatera, który sam zaczyna podejmować decyzje. Taki bunt bohaterów to dla mnie normalka;)

Oddawaj różdżkę, Phong! to Twój debiut. Spodziewałeś się, że książka zbierze tak wiele pozytywnych opinii? Co czuje autor wypuszczający swoją pierwszą książkę? Ciężko debiutuje się na polskim rynku?

Oczywiście, że spodziewałem się tak wielu pozytywnych opinii! Przecież napisałem dobrą książkę:P A tak na poważnie to myślę, że każdy niezadufany w sobie twórca ma w sobie sporą dozę pokory i zawsze denerwuje się, jak będzie odebrane jego dzieło. Znajomy aktor mówił mi, że nawet po latach miał tremę przed wejściem na scenę i to nawet jeśli grał po raz któryś w danym spektaklu. Także pozytywne recenzje mojej książki nie są może totalnym zaskoczeniem, ale myślałem, że trudniej będzie mi zaistnieć w świadomości czytelników. Tym bardziej, że o swój styl ochrzciłem mianem „gadają i gadają”, i bałem się, że to może nie przypaść do gustu czytelnikom. Stylu i związanych z nim dialogów na kilka (a czasem i kilkanaście) stron nie zamierzam zmieniać (bo pisanie przestałoby sprawiać mi przyjemność), więc pocieszający jest fakt, że są ludzie, którym się to podoba:)Ciężko się debiutuje? Nie jestem ekspertem, ale myślę, że tak. Duży wpływ na to ma niskie czytelnictwo – wydawcy niekoniecznie chcą ryzykować. Łatwiej przeznaczyć więcej na promocję już popularnego autora czy sięgnąć po zagraniczny tytuł (najlepiej właśnie ekranizowany), niż dać szansę debiutantowi. Ogólnie pisanie nie należy do dochodowych zajęć (chyba że jest się jednym z autorów bestsellerów lub pisze się w ekspresowym tempie i wydaje dwie-trzy książki rocznie, które sprzedają się w przyzwoitych nakładach). Żeby zadebiutować trzeba być bardzo zdeterminowanym, bo przede wszystkim trzeba napisać książkę. Niektórmy przychodzi to łatwiej, innym trudniej, ale niewątpliwie wymaga mnóstwa czasu na myślenie, pisanie, a potem poprawianie. W dodatku zazwyczaj jest to bardzo samotna praca. Niektórzy dzielą się na bieżąco fragmentami z rodziną, ale wiele osób czuje wewnętrzną potrzebę, żeby zaprezentować dopiero skończoną książkę. I nawet jeśli to ma być jej pierwsza, niezredagowana wersja, to zanim zaczniemy nią dysponować, mija wiele miesięcy. No, to teraz wszystkich nieźle zdołowałem, następne pytanie:P

W jednym ze Twoich komentarzy napisałeś, że druga powieść ma zupełnie inny klimat. Zatem wnioskuję, że jesteś w trakcie pisania. Na jakim etapie są prace? Zdradzisz nam jakieś szczegóły, czym nas zaskoczysz?

Jeszcze parę miesięcy pracy przede mną. Mam już około 4/5 całości, ale końcówka wymaga jeszcze przemyślenia, dopracowania i samego napisania. Poza tym jestem świadomy, że będę nanosił dużo poprawek. Czasami zostawiam w tekście wskazówki dla samego siebie np. jako ostatnią wypowiedź w dialogu: „Daj tu coś błyskotliwego”:P Niektórych fragmentów nie ma sensu pisać na siłę, lepiej do nich wrócić. Podobnie jest z fragmentami, które wymagają researchu. Wiele rzeczy sprawdzam wcześniej, ale nie jestem stanie przewidzieć wszystkiego. Gdy brakuje jednej informacji, wolę zostawić sobie notkę i pisać dalej. Co do nowej powieści. Przede wszystkim nie będzie to komedia, chociaż humoru (tyle że dużo bardziej cynicznego) nie zabraknie. Szykuje się więc tragikomedia. Akcja znowu we współczesnej Warszawie, ale stolicę przedstawiam już inaczej i to pewnie będzie zaskoczeniem dla fanów „Oddawaj różdżkę, Phong!”. Jeszcze większym zaskoczeniem będzie pierwszoosobowa narracja. Mam nadzieję, że się spodoba, chociaż powieść będzie dużo cięższa.

Nie mogę przejść obojętnie i nie zapytać o okładkę i tytuł. Kolor różowy z reguły nie jest dobrze kojarzony, kto jest pomysłodawcą okładki? Tytuł miałeś od początku w głowie, czy raczej zrodził się pod wpływem chwili?

Tytuł zdecydowanie zrodził się pod wpływem chwili. Wiedziałem, że jest ryzykowny, nie do końca oddaje charakter książki i ogólnie nie wiadomo, o co chodzi, ale się w nim zakochałem. Nie było odwrotu. Co do okładki, to jest ona wynikiem współpracy mojego przyjaciela i mojej skromnej osoby. Pewnie kiedyś pokażę, jak wyglądały inne pomysły. Ten finalny od razu mi się spodobał – podobnie było z tytułem. Eksperymentowaliśmy z różnymi kolorami, ale zdecydowałem się na wiadomą paletę barw. Róż ma wiele odcieni. Ten, który wybrałem, nie jest żarówiasty czy przesłodzony (przynajmniej moim zdaniem:P). Rewelacyjnie prezentuje się na matowej okładce. Wzbudza trochę kontrowersji (chociaż to za mocne słowo), ale nie da się dogodzić wszystkim. Efekt końcowy, także dzięki postaciom autorstwa zdolnej rysowniczki komiksowej, jest świetny i jestem z niego zadowolony. Wiem też, że już zawsze będę chciał mieć duży wpływ na ostateczny wygląd okładki.

Język Twojej książki jest bardzo współczesny, mamy wiele kolokwializmów, mowy potocznej, zapożyczeń z języka angielskiego. Swoją książkę kierowałeś głównie do młodych osób, które zrozumieją ten język?

Nie myślałem o grupie docelowej podczas pisania. To by mnie ograniczało. Postanowiłem opowiedzieć pewną historię o pewnych bohaterach. Żeby byli wiarygodni, musieli mówić współczesnym językiem. Wiem, że sporo osób narzeka na angielskie wstawki, i mówi, że jako autor szczególnie powinien dbać o czystość języka. W pewnym stopniu ich rozumiem, sam nie cierpię korporacyjnej nowomowy. Ale nie mogę udawać, że język się nie zmienia. Podstawą dialogów jest odpowiedni język – przede wszystkim zwracamy uwagę na to, jak ktoś mówi (jaki ma styl, powiedzonka, jakie błędy popełnia), a nie na to, co mówi.

Warszawa to Twoje miasto. Z książki wynika, że znasz miasto całkiem nieźle. Jakie trzy ciekawe miejsca polecasz odwiedzić w Warszawie?

Skoro wynika, że miasta znam nieźle, to niezły ze mnie ściemniacz;) Mieszkam tu od urodzenia, ale daleko mi do przewodnika. Ciekawe miejsca, hmm… Przede wszystkim metro:) Nie wiem dlaczego, ale fascynują mnie podziemne konstrukcje i żałuję, że mamy tylko dwie linie. Swoją drogą ostatnio zaczytuję się w „Podziemnym Londynie” – polecam. W Warszawie warto również zobaczyć Filtry Lindleya – podziemne hale z ceglanymi łukami odbijającymi się w tafli wody robią ogromne wrażenie. O, i popatrz, znowu coś pod powierzchnią:P No to na koniec polecę cukiernię Pawłowicz, która zupełnie nie pasuje do modnej Chmielnej, ale pyszne, cieplutkie pączki najwyraźniej są w stanie poradzić sobie z każdą konkurencją.

Twoja opowieść przesiąknięta jest popkulturą, sam o sobie piszesz, że oddychasz popkulturą i masz podłączoną kroplówkę z filmami i serialami. W takim razie jak kształtuje się Twoje TOP3 filmów? Jakie seriale oglądasz?

Nigdy nie odpowiadam na pytania o wszelkiego typu TOP3 itp. – to jest ciągle zmienia. Poza tym trudno porównać np. „Chłopców z ferajny” do „Strażników galaktyki”, a obydwa filmy uwielbiam. Co do seriali, to jestem jedną z tym osób, której należy rzucać kolejne tytuły, a ona mówi „tak” bądź „nie”:P Może trochę przesadzam, bo jednak z biegiem lat zrobiłem się wybredny i nauczyłem się porzucać seriale, a poza tym mniej zaczynam nowych, ale był czas, gdy oglądałem ich naprawdę mnóstwo. Ostatnio jestem zachwycony uzależniającym debiutem roku, czyli „Mr. Robot”. A oprócz tego świeżutkie „Narcos”. Uwielbiam też „Orange is the New Black”, „House of Cards”, „True Detective” (także drugi sezon!) czy „Mad Men”, który w tym roku się skończył.

Mówisz, że jesteś dumny z bycia geekiem. W czym dla Ciebie przejawia się bycie geekiem?

Bycie geekiem nie jest trudne. W moim przypadku sprowadza się to głównie do chłonięcia popkultury – filmów, seriali, książek, komiksów, gier wideo, a kiedyś także grania w RPG (do tego wciąż mam nadzieję kiedyś wrócić). Do tego geekowskie gadżety, t-shirty i ogólna miłość do tej części kultury. I tyle:) Bycie geekiem to nie bycie męczennikiem, nie wymaga wielkich poświęceń. To sposób życia i odbierania świata. Mówię, że jestem z tego dumny nie dlatego, że należy to gloryfikować, lecz żeby ci, którzy są geekami skrycie, zrobili mały coming out. Niektórzy wstydzą się, że w wieku 30 lat wolą przeczytać kolejny komiksowy zeszyt, a nie dzieło noblisty. Nie ma się czego wstydzić:) A jeszcze wracając do tych przejawów. W tym roku byłem na wystawie Lego na Stadionie Narodowym. Nie mogłem opanować ekscytacji, możliwe, że w pewnym momencie odpychałem małe dzieci, żeby mieć lepsze miejsce przy szklanej gablocie. Czy to powinno się już leczyć?

Jesteś fanem Batmana. Gdybyś miał wybór to jaką supermoc chciałbyś posiadać?

Nie musiałbym mieć supermocy – wystarczyłoby mi bycie Batmanem:P Jak byłem młodszy, myślałem, że fajnie by było mieć rentgena w oczach, ale może nie zgłębiajmy tego tematu. Supermoc, supermoc… Może otwieranie wstrząśniętych puszek tak, żeby nie wybuchały?

Piszesz, komponujesz, fotografujesz, która z tych dziedzin jest Ci najbliższa?

W tym momencie zdecydowanie pisanie. W ten sposób najłatwiej mi się wyrazić. Ale muzyka przez wiele lat była mi bardzo bliska. Ostatnio nie mam zwyczajnie czasu na komponowanie. Tylko od czasu do czasu sięgam po gitarę elektryczną. Z smutkiem patrzę na kurzący się w kącie saksofon tenorowy – kupiłem go 3 lata temu, zacząłem sam się uczyć grać, ale później zabrakło czasu i motywacji. I wytłumionego pomieszczenia, bo jednak saksofon to cholernie głośne bydle:P Fotografia to najświeższa pasja, ale także wciągająca. Podoba mi się, że dzięki aparatowi mogę zwyczajną chwilę przedstawić w niezwyczajny sposób. Podobnie jest z pisaniem. Zwyczajna sytuacja, ale ja w niej widzę coś innego, jakiś detal, sugestię. Pewnie dlatego naturalnym było w pewnym momencie sięgnięcie po aparat, ale niestety w przypadku tego hobby także doskwiera mi brak czasu.

Uwielbiasz Led Zeppelin, jakich jeszcze artystów darzysz sympatią, kogo możesz słuchać bez końca?

To zbyt długa lista i podobnie jak w przypadku filmów często się zmienia. Ostatnio słucham często debiutu „Stardust Memories” – polskiego zespołu, który odkryłem dzięki akcji crowdfundingowej. A ponieważ staram się w miarę regularnie pracować nad nową powieścią, to na playliście często gości Bonobo – jakoś dobrze mi się do tego klepie w klawiaturę:P

I ostatnie pytanie. Jakie trzy rzeczy musisz mieć zawsze pod ręką?

Kubek z herbatą (gdy jestem w domu/pracy), jakieś urządzenie z dostępem do Internetu i, rzecz jasna, książkę. Czasami mam w plecaku na dwie książki – na wszelki wypadek, gdybym skończyć czytać tę aktualnie pochłanianą. Wizja, że nie mam pod ręką książki, trochę mnie przeraża. Ale żeby nie kończyć przygnębiającym fragmentem, to bardzo chciałbym podziękować za rozmowę oraz wszystkim, którzy ją przeczytali. Mam nadzieję, że zbytnio nie przynudzałem 😉

Serdecznie dziękuję, że zgodziłeś się na wywiad!

To ja dziękuję, że chciałaś taki wywiad przeprowadzić – to dla mnie wyróżnienie 🙂