Dzisiaj zapraszam Was na wywiad z Kazimierzem Kyrczem Jr. autorem dziewczyn, które miał na myśli.

Jest Pan policjantem i pisarzem. To dosyć niecodzienne połączenie. Kiedy zrodził się w Panu pomysł, aby zacząć pisać?

Niecodzienne, ale nie jestem wcale odosobnionym przypadkiem. Dość wymienić Aleksandrę Marininę, Edwarda Lee, a z naszego poletka Piotra Pochuro czy Michała J. Walczaka… Co się tyczy pisania, dochodziłem do niego etapami. Najpierw, jeszcze w podstawówce, były to wierszyki i teksty piosenek, w liceum coś w rodzaju prozy poetyckiej, a taka już w miarę typowa proza zaczęła się jeszcze później. Pamiętam, że kiedy odbywałem w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie kurs podstawowy dla absolwentów studiów wyższych, atmosfera skoszarowania tak mnie przygnębiała, że szukałem ucieczki właśnie w pisaniu. Tam właśnie napisałem moje pierwsze opowiadanie.

Czy bycie policjantem ułatwia, czy raczej przeszkadza w pisaniu?

Pytanie wydaje się proste, odpowiedź niekoniecznie. Kiedy zaczynałem moją przygodę z pisaniem, stykałem się z taką ilością i natężeniem zła, że często uciekałem w elementy groteskowe. Ostatnio ciążę raczej w stronę realistycznych opisów. Czyli w wielkim skrócie można powiedzieć: i tak, i nie.

Na ile realia policyjnego życia znalazły odzwierciedlenie w Dziewczynach, które miał na myśli?

Myślę, że niektóre wątki mojej powieści można potraktować jako krzywe zwierciadło dla formacji, w której pracuję. Przy czym w trakcie tworzenia postaci związanych z wymiarem sprawiedliwości starałem się portretować nie tyle konkretnych ludzi, co pewne zjawiska. Przyznam szczerze, że najczęściej negatywne, ale kto w naszych czasach czyta idylle i anakreontyki? Raczej nie miłośnicy thrillerów.

Skąd pomysł na fabułę? Powstała pod wpływem impulsu, czy raczej był to długotrwały proces?

Ta powieść rosła we mnie warstwa po warstwie, razem z bohaterami, którzy zyskiwali w mojej głowie coraz więcej ludzkich cech, przestrzeni i własnych pomysłów na osiągnięcie swoich celów.

Autor: Urząd Fotografii

Pisanie książki to pewnego rodzaju proces. Jak to wygląda u Pana? Tworzy Pan ogólny zarys historii, czy raczej pisze pod wpływem chwili?

Sporą część Dziewczyn powstawała bez planu, co było dość bolesne, szczególnie, gdy przyszło do poprawek (śmiech). Większość tekstu tworzyłem jednak według ogólnego konspektu, co nie znaczy, że od linijki, bo kilka razy Bednarski i Walczak zmusili mnie do zmiany planu… Sposób pisania danego fragmentu często był uzależniony od tego, jaki efekt chciałem osiągnąć. Na przykład niektóre fragmenty pisałem w kościele świętego Franciszka z Asyżu, okna którego zdobią ukazujące żywioły witraże wykonane według projektów Stanisława Wyspiańskiego.

Wena. Istnieje, czy jest raczej pustym pojęciem?

Jako optymista uważam, że istnieje. Kapryśna z niej istota, ale można ją obłaskawić – wystarczy tylko nakarmić ją odrobiną własnej krwi.

Co lub kto Pana inspiruje? Pisząc Dziewczyny korzystał Pan z rad specjalistów?

Kiedyś spłodziłem taką fraszkę: od szukania inspiracji poeta nie ma wakacji. Dotyczy to także prozaików. Należy mieć oczy, uszy i serce otwarte na bliźnich. A i na siebie także. Co rzecz jasna nie zawsze wystarcza. Dopieszczając Dziewczyny prosiłem więc o pomoc grono zaufanych osób, które wymieniłem w podziękowaniach do książki. Szczególnego wsparcia, nie tyle merytorycznego, co energetycznego, udzielił mi świetny coach Zbigniew Kieras. Miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w prowadzonych przez niego zajęciach.

Gdyby pojawiła się możliwość zekranizowania Dziewczyn, kogo widzi Pan w roli Bednarskiego?

Nęcąca myśl. Jeśli byłaby to ekranizacja ukierunkowana na wydobycie humorystycznych elementów powieści, prawdopodobnie pasowałby do tej roli Rainn Wilson, który genialnie wręcz wcielił się w postać stworzonego przez Leifa GW Perssona śledczego Everta Backströma w amerykańskim serialu Backstrom. Gdyby natomiast miała to być mroczniejsza wersja, z pewnością świetnie nadawałby się Woody Harrelson… Celowo nie podaję opcji z rodzimym aktorem, żeby nikomu nie podpaść.

Napisał Pan mroczny kryminał, czy to właśnie jest gatunek, po który Pan sam najchętniej sięga?

W moim odczuciu nie jest on aż tak strasznie mroczny. Jest w nim kilka, no, może parę dość pozytywnych postaci… Co się tyczy moich lektur – czytam zasadniczo różne rzeczy. Taki już przywilej i obowiązek literata. Lubię prozę o wydźwięku egzystencjonalnym (Kathe Koja, Natsuo Kirino, Anna Starobiniec, Patrick McGrath), ale najmocniej wciągają mnie powieści o psychopatach i seryjnych zabójcach (Jeff Lindsay, Paul Cleave, David Gordon). Z kolei najlepiej bawię się przy kryminałach noir (Craig Russell, Stuard MacBride czy Nic Pizzolatto).

Jaka książka ostatnio zrobiła na Panu ogromne wrażenie i może Pan ją polecić moim czytelnikom?

Atlantyk jest wszędzie, czyli zbiór wierszy Andrzeja Kosmowskiego i Zwykły człowiek Graeme Camerona. Ta pierwsza wyciszyła mnie wewnętrznie, ta druga wręcz na odwrót.

Autor: Urząd Fotografii