W pracy pisarza liczy się nie tyle ilość czasu poświęconego na pisanie, ile regularność, wywiad z Piotrem Bojarskim

Wczoraj pisałam Wam o świetnej bografii Fiedlera autorstwa Piotra Bojarskiego. Dzisiaj mam dla Was rozmowę z autorem. Zapraszam.

Dlaczego akurat biografia Fiedlera? Skąd pomysł na opisanie jego osoby?

Po pierwsze, był to wybitny człowiek. Po drugie, jakimś cudem nie ukazała się dotychczas – a niedawno minęła 125 rocznica jego urodzin – żadna pełnowymiarowa książka o życiu Fiedlera. Pisano o jego twórczości, o podróżach. Ale nie o nim jako człowieku. I to mnie zaintrygowało. Intuicyjnie wyczułem, że skoro żył tak długo – ponad 90 lat – i widział czasy przed Wielką Wojną, I wojnę światową, powstanie wielkopolskie, potem Polskę przedwojenną, znowu wojnę, wreszcie Polskę Ludową, to niezależnie od jego licznych podróży po świecie musiał sam wielokrotnie się zmieniać.  I trafiłem! Historia jego przemian okazała się „smacznym” kąskiem dla reportera.  

Ile trwały prace nad znalezieniem, przestudiowaniem dostępnych materiałów i napisaniem tej biografii?

W sumie zajęło mi to niespełna dwa lata. Ale gdybym nie miał codziennych obowiązków zawodowych, pewnie napisałbym ją dużo szybciej. Najwięcej czasu zajęło przebicie się przez archiwa oraz osobiste zbiory dokumentów i listów pisarza, udostępnionych mi przez jego rodzinę.

Który etap pracy nad biografią wspomina Pan najlepiej?

Chyba ten, w którym przyszło mi rekonstruować proces jego powrotu do kraju po II wojnie światowej. To mało znana historia. Fiedler nie zamierzał mieszkać na stałe w Wielkiej Brytanii, ale nie był pewny, czy może bezpiecznie wrócić do Polski, zwanej teraz Ludową. Że warto, przekonał go ostatecznie Jerzy Borejsza, szef wydawnictwa Czytelnik. Pofatygował się nawet specjalnie do Londynu, by nakłonić do tego Fiedlera. Zapewnił mu druk i wysokie nakłady w Polsce. Pisarz wrócił na stałe w 1948 r., kupił na raty willę w Puszczykówku pod Poznaniem. Inna sprawa, że dwa lata później, gdy do literatury wkroczył  socrealizm, znalazł się na cenzurowanym, a „Dywizjon 303” zniknął z kanonu lektur. A on sam został „zamrożony” w kraju, bez prawa do podróży.

Aby do nich wrócić, Fiedler zaczął m.in. przerabiać swoje książki  w duchu socrealistycznym. Wykonał też wiele gestów w stronę władzy, które z dzisiejszej perspektywy nie wyglądają najlepiej. Odkrywanie tych powszechnie nieznanych fragmentów jego życiorysu było dla mnie największą nagrodą. 

A ma Pan swoje rytuały podczas pisania? Jakiś schemat dnia czy raczej wszystko odbywa się spontanicznie?

Mój rytm dnia wyznacza praca w Poznańskim Archiwum Historii Mówionej. Na własną twórczość mam z reguły czas wieczorem, po powrocie do domu. Zresztą, dawno już odkryłem, że w pracy pisarza liczy się nie tyle ilość czasu poświęconego na pisanie, ile regularność. Zawsze też można pisać w weekendy… Generalnie jednak najlepiej pisze mi się w domu po dwudziestej.

Jest Pan także autorem kryminałów. Łatwiej pisze się historie zmyślone czy o kimś, kto faktycznie żył?

Te pierwsze. Choć również w przypadku kryminałów retro, takich jak choćby „Szmery”, „Pętla” czy „Arcymistrz”, wiele rzeczy i niuansów trzeba nieustannie sprawdzać, a to spowalnia proces twórczy. W przypadku książek non-fiction znacznie więcej czasu wymaga zebranie materiału na książkę. W kryminałach zwykle wspomagamy się wyobraźnią czy intuicją, w reportażu to nie przejdzie. Tu liczy się twardy konkret. Na wszystko trzeba mieć dowody.

Fiedler to postać złożona i interesująca. Gdyby miał Pan polecić mu jakąś współczesną książkę do przeczytania, to którą by Pan wybrał?

Trudne pytanie. Pamiętając, że zaczytywał się w Kapuścińskim, pewnie należałoby mu polecić mistrzów współczesnego polskiego reportażu podróżniczego. Może książki  Jacka Hugo-Badera? Albo Artura Domosławskiego lub Wojciecha Jagielskiego?

A sam po jakie książki sięga Pan najchętniej?

Lubię dobry reportaż historyczny, ale najbardziej chyba prozę, swoisty melanż historii, sensacji i kryminału. Cenię sobie erudycję autorów takich jak np. Arturo Pérez-Reverte czy Szczepan Twardoch. Bardzo przypadł mi do gustu cykl barceloński Carlosa Ruiza Zafóna. Z autorów kryminałów szczególnie poważam „ławkę skandynawską” (szacunek dla Mankella i Indriðasona), ale także Philipa Kerra czy Borysa Akunina.

Z kim z polskich pisarzy mógłby Pan napisać wspólną książkę? Myślał Pan kiedyś o czymś takim?

Nigdy nie miałem takiej szansy, ale podejrzewam, że z uwagi na moje zamiłowanie do kryminałów retro znalazłbym szybko wspólny język z Marcinem Wrońskim. 

A co poza pisaniem? Co lubi robić pisarz w wolnych chwilach?

Jest ich ostatnio niewiele… W wolnych chwilach dominuje proza życia, czyli np. remont piwnicy. Ale staram się też znaleźć choć moment na dobrą, rozwijającą prozę. Właśnie nadrabiam zaległości i czytam „Dracha” Twardocha. No i oglądam najnowszą serię rewelacyjnego serialu niemieckiego „Babylon Berlin”, nakręconego na podstawie książek Volkera Kutschera. Gorąco polecam wszystkim miłośnikom kryminału retro.

Czy ma Pan w planach napisanie kolejnej biografii, jeśli tak, to czyją?

Na razie zdecydowanie obracam się w kręgu powieściowym. W maju ukaże się moja książka „Na całego”, czyli to, co lubię najbardziej: mariaż historii z sensacją. Będzie to kontynuacja dobrze przyjętej powieści „Cwaniaki”. Akcje obu tych książek rozgrywają się w bardzo brzemiennych w skutki latach 1918-1920, na przestrzeni między Francją a Ukrainą. Nie brakuje w nich wątków sensacyjnych i kryminalnych, a spina je postać Zbigniewa Kaczmarka, bohatera serii moich kryminałów retro. Od grudnia pracuję natomiast nad mroczną powieścią z czasów okupacji hitlerowskiej. Ta książka oparta będzie na mało znanych faktach. Więcej jednak nie zdradzę!

Dziękuję za rozmowę!

Marta Mrowiec

Gdyby nie książki zapewne więcej pisałaby o muzyce, gdyby nie muzyka więcej pisałaby o książkach. Dwa światy, które wypełniają moje życie. Świat dźwięków, o których szerzej wypowiadam się na jednej ze stron muzycznych oraz świat kreowany za pomocą słowa, o którym wypowiadam się tutaj.

Ostatnio opublikoWANE