A dzisiaj zapraszam Was na rozmowę z Agnieszką Jeż.
Kiedy narodził się pomysł na historię opowiedzianą w „Miłości, o której zapomniałam” i co było dla Pani pierwszym impulsem do jej napisania?
Pomysł na tę książkę powstał, kiedy siedziałyśmy z córką w restauracji w centrum Warszawy. Blisko wieżowca-biurowca, z którego właśnie wypłynęła fala osób kończących pracę. Nie tylko zresztą w tym miejscu dzień roboczy dobiegł końca – na ulicy było dużo osób, które wracały do domów. Patrzyłam na kobiety, które mijały naszą witrynę. Zastanawiałam się, co robią, czy to lubią, czy czasem przystają, czy wiecznie są w pędzie. Czy pamiętają siebie z młodości, tamte marzenia i wyobrażenia. Czy czują, że są sobą, i w zgodzie ze sobą żyją. A gdyby mogły się cofnąć i raz jeszcze stanąć u steru swojego życia?… Tylko kto tak robi? Bo przecież praca, obowiązki, wszystko poukładane, nie jestem już najmłodsza. Zresztą – kim naprawdę jestem? Czy tą osobą, która przegląda się w oczach innych, czy tą, którą co rano widzę w lustrze? A gdyby tak nie było wyboru, bo przypadek skasowałby całą kartę pamięci w głowie i naprawdę trzeba by było spojrzeć na siebie na nowo? Co wtedy? Jakie życie byś wybrała?… Te pytania chciałam zadać bohaterce swojej nowej powieści.
Czy podczas tworzenia tej powieści czerpała Pani inspiracje z prawdziwych historii, czy postać Ani ma swój pierwowzór w realnym świecie?
Zawsze czerpię z życia – moim zdaniem nikt nie wymyśla lepszych historii niż ono samo. Rzeczywistość podsuwa nam najbardziej niesamowite i poruszające scenariusze, wystarczy tylko uważnie się rozglądać. Dlatego postać Ani, choć narodziła się w mojej wyobraźni podczas tamtego popołudnia w warszawskiej restauracji, jest ulepiona z historii prawdziwych kobiet. Myślę, że właśnie dlatego wiele czytelniczek odnajduje siebie w tej powieści.
Jakie emocje towarzyszyły Pani podczas pisania tej książki i które sceny były najtrudniejsze do stworzenia?
Pisanie tej powieści było dla mnie procesem pełnym różnych emocji. Nie jest tak, że bezwiednie wchodzę w świat moich bohaterów, jako pisarka mam wypracowane mechanizmy oddzielania fabuły od swojego życia, ale zawsze jest we mnie dużo empatii dla stworzonych postaci i zawsze próbuję je zrozumieć. Ta historia w naturalny sposób budzi refleksję na temat naszych własnych wyborów życiowych – tych wszystkich momentów, w których decydujemy, kim chcemy być. Najtrudniejsze do stworzenia chyba były dla mnie sceny, w których Ania po powrocie ze szpitala próbuje odnaleźć się w swoim dawnym-niedawnym życiu. Otaczają ją bliscy ludzie, mąż, który deklaruje, że ją kocha, piękne przedmioty, a ona patrzy na to wszystko i czuje kompletną pustkę. Chciałam bardzo mocno podkreślić, że tego rodzaju samotności – chyba najgorszej, bo dotkliwej i paradoksalnej – można doznać także wtedy, gdy ma się ludzi blisko siebie. To samotność we własnym domu, pośród osób, które twierdzą, że cię znają, podczas gdy ty sama czujesz, że wcale dobrze siebie nie znasz i nie wiesz, czy miejsce, w którym się znajdujesz, jest dla ciebie odpowiednie.

Czy podczas pisania zdarzył się moment, w którym bohaterowie „przejęli kontrolę” nad historią i poprowadzili ją w innym kierunku, niż Pani planowała? Pracuje Pani z rozpisanym konspektem, czy to bardziej praca na żywioł?
Zawsze mam plan, ale traktuję go jako szkielet, ogólny zarys; wiem, skąd wychodzę i dokąd dojdę, ale zostawiam miejsce na to, czym moja wyobraźnia może mnie podczas pisania zaskoczyć. Konspekt służy mi przede wszystkim do uporządkowania chronologii i faktów. To jednak tylko sucha konstrukcja. Prawdziwe budowanie postaci, to głębokie lepienie ich warstwa po warstwie i tchnięcie w nie emocji, zaczyna się dopiero później – i wtedy ta materia ożywa.
Ile tak realnie zajmuje Pani napisanie książki. Od pomysłu, aż do trzymania papierowej wersji w dłoniach?
Samo fizyczne pisanie trwa zazwyczaj około dwóch-trzech miesięcy. To jest etap spisywania tego, co powstało w notatkach i w mojej głowie dużo, dużo wcześniej. Fabuła – od pierwszego błysku i pomysłu, aż do w pełni zbudowanego konspektu – nawija się w głowie przez długie tygodnie jak kłębek włóczki. Kiedy ten proces się kończy, siadam do komputera. Pisanie można przyrównać, idąc za włóczkową analogią – do roboty na drutach – precyzyjne dzierganie opowieści z tych wcześniej przygotowanych motków. Od momentu postawienia ostatniej kropki do chwili, gdy gotowe, papierowe wydanie trafia na rynek mija kolejnych kilka miesięcy pracy całego sztabu ludzi w wydawnictwie.
A jeśli już wspominam o papierowym wydaniu, to czy właśnie po książki w tej formie sięga Pani najczęściej, czy może po ebooki lub audiobooki?
Jestem absolutną i niepoprawną tradycjonalistką – papier to moja wielka i pierwsza miłość. Uwielbiam ciężar książki w dłoni, zapach stron, szelest kartek i możliwość zaznaczania ołówkiem ulubionych fragmentów. Mój dom pęka w szwach od woluminów, a wieczorny relaks to zawsze, niezmiennie, tradycyjna książka. Jednak wersja audio coraz częściej towarzyszy mi podczas codziennych obowiązków – sprzątania, prasowania, pracy w ogrodzie czy w podróży, a przede wszystkim w trakcie spacerów, bo moja żelazna rutyna to minimum półtorej godziny spaceru każdego dnia. Psy dbają o to, bym nie wypadła z tego rytmu. Bardzo dużo czytam, więc audiobooki pozwalają też odpocząć oczom. E-booki z kolei ratują mnie głównie w podróży, kiedy nie chcę nadbagażu. Audio to fascynująca, zupełnie inna forma poznawania tekstu, choć muszę przyznać, że nie do każdej książki mi pasuje. Czasami po prostu nie chcę żadnego pośrednika między mną a słowem autorskim – potrzebuję tej intymnej, czystej relacji z tekstem, jaką daje tylko papier.
Tytuł mówi o miłości, o której się zapomina. W przypadku Pani książki mamy tego konkretny powód (wypadek), jednak gdybyśmy spojrzeli na to szerzej to czy Pani zdaniem współcześnie częściej zapominamy o miłości do innych, czy o miłości do samych siebie?
Myślę, że te dwa aspekty są ze sobą połączone. Żyjemy w pędzie, pod presją oczekiwań, w kulturze wiecznej produktywności. Zagłuszamy swoje własne potrzeby, intuicję i sygnały płynące z ciała, starając się zadowolić wszystkich wokół. A przecież nie da się nalać z pustego dzbana. Dopiero gdy przypomnimy sobie o miłości i szacunku do siebie, zyskujemy przestrzeń, by mądrze i dojrzale kochać innych – bez lęku, manipulacji i zatracania własnej tożsamości. Sądzę, że nam, kobietom, jest o tę miłość własną trudniej. Kultura i przekaz społeczny wciąż mocno różnicują nas płciowo. Od kobiet podświadomie oczekuje się roli westalek, opiekunek domowego ogniska – tych, które zawsze stawiają siebie na szarym końcu i bezgranicznie się poświęcają. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy kobieta zostaje matką. Postawienie wyraźnej granicy – ile mogę i mam prawo wziąć z tego życia dla siebie, a ile i do kiedy winna jestem dawać siebie dzieciom – to zadanie, które mnie samej, i na pewno wielu innym kobietom, wydaje się piekielnie trudne. To wieczny balans na linie, okupiony poczuciem winy. Jak podczas tych wszystkich życiowych wyborów nie skrzywdzić ani siebie, ani innych? Czym tak naprawdę jest zdrowa miłość, a gdzie ona się kończy i zaczyna się egoizm? Moim zdaniem egoizm karmi się braniem kosztem kogoś, a zdrowa miłość własna to dbanie o swoje fundamentalne zasoby, by móc z nich dawać innym.
Jakie jest główne przesłanie Pani najnowszej powieści, z którym chciałaby Pani zostawić czytelników?
Chciałabym, aby „Miłość, o której zapomniałam” była dla czytających impulsem do zatrzymania się w biegu i zadania sobie pytania: Jakie życie bym wybrała, gdybym mogła stanąć u steru życia raz jeszcze? Życzę każdej kobiecie odwagi do robienia autorewizji na własnych warunkach – zanim życie zmusi do tego, używając drastycznych środków. Lub gdy będzie już późno, naprawdę późno i zostanie tylko żal, że nie żyło się swoim życiem. Nie zostawiam żadnych wytycznych. Według mnie dobra literatura nie daje gotowych odpowiedzi, tylko stawia pytania. Słowem: wymaga od czytających podjęcia dialogu z tekstem. Taka „rozmowa” może być impulsem do różnych przemyśleń i działań.
A na koniec oczywiście o dalsze plany? Gdzie się będzie można z Panią zobaczyć w najbliższym czasie? Wiadomo już coś o spotkaniach autorskich?
Choć wakacje dopiero przed nami, to w świecie wydawniczym jest już jesień i planowanie premier oraz spotkań. Na pewno będę na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie, mam też ustalone powakacyjne spotkania biblioteczne. W tym roku czekają mnie jeszcze dwie premiery książkowe, więc i tu pracy nie zabraknie. Słowem – dzieje się i dziać się będzie.


