Strona głównaWywiadyZawsze przy okazji premiery kolejnej powieści pojawia się ekscytacja i radość, że...

Ostatnio opublikowane

Zawsze przy okazji premiery kolejnej powieści pojawia się ekscytacja i radość, że książka będzie mogła trafić do rąk czytelników, wywiad z Agatą Kołakowską

Ostatnio opowiadałam Wam o najnowszej książce Agaty Kołakowskiej, a dzisiaj zapraszam na rozmowę z Autorką.

Muszę przyznać, że wykorzystała Pani bardzo ciekawy zabieg w fabule. Skąd pomysł, kiedy zrodziła się w Pani chęć napisania takiej historii?

Pomysł na tę książkę był w zasadzie objawieniem. Pojechałam w wymarzoną podróż do Korei Południowej i jak tylko z niej wróciłam, miałam w głowie już tytuł (finalny zmienił się odrobinę) i zarys historii. Potem, w trakcie pisania, przydarzyło mi się kolejne objawienie, które wywindowało tę historię na jeszcze wyższy poziom. Myślę, że ta historia, w jakiejś mierze, dojrzewała we mnie po cichu przez kilka lat. Nie mogłabym zacząć jej pisać z dnia na dzień, po prostu wpadając na taki pomysł. Przez dłuższy czas interesowałam się Koreą i jej kulturą. Zbierałam informacje, jakby mimochodem, które potem w trakcie pisania doskonale mi się przydały. W książce zawarłam też sporo swoich spostrzeżeń i przygód z wyjazdu, oczywiście odpowiednio dostosowanych do tej historii. Choć oczywiście sama Korea Południowa i tematyka koreańskich seriali są uroczym, ciekawym, ale trochę pretekstem i anturażem do opowiedzenia o emocjach i konkretnej trudności życiowej, z którą mierzy się główna bohaterka. Jestem niezwykle dumna z tej powieści. Jako czytelnik chciałabym przeczytać taką książkę, więc ją napisałam.

Czy Pani także interesuje się kulturą koreańską zwłaszcza serialami?

Wszystko w zasadzie zaczęło się od koreańskich seriali, w które wciągnął mnie… mój mąż. Trochę nietypowo, ale taka jest prawda. Była pandemia, spędzaliśmy czas w domu i zaproponował mi, żebym coś obejrzała, bo mój mąż dostrzegł wyjątkowość k-dram już wcześniej. Pomyślałam sobie, a co mi szkodzi. Choć wcześniej, przyznam, wcale mnie do tego nie ciągnęło. Obejrzałam pierwszy serial i… przepadłam. Koreańskie seriale są zupełnie innym wymiarem kreatywności. Dla tamtejszych twórców nie ma ograniczeń, fabuła może toczyć się wszędzie, dotyczyć wszelkich tematów (co oczywiście nie znaczy, że nie popadają w schematy). K-dramy mają swoje własne, unikatowe środki wyrazu, akcja toczy się wolniej, zdjęcia są bardzo estetyczne. Obecnie zachodnie produkcje, jeśli jeszcze próbuję je oglądać, zwyczajnie mnie nudzą i wydają mi się wtórne. Także bardzo polecam spróbować, aczkolwiek ostrzegam, że może to być droga bez powrotu. 😊 Na moim fanpag’u zamieściłam posta, w którym polecam moje ulubione koreańskie seriale.

Była Pani kiedyś w Korei Południowej? A może dopiero są takie plany?

Byłam w Korei dwukrotnie. Za pierwszym razem tak się zachwyciłam, że przy okazji tegorocznej podróży do Chin nie potrafiłam odmówić sobie ponownych odwiedzin, skoro byłam już tak blisko. Żałuję, że to tak odległy kraj. Ach, byłoby wspaniale, móc zjeść pierożki z Busanu (najlepsze jakie jadłam w życiu) po dwugodzinnym, a nie kilkunastogodzinnym locie! Korea jest bardzo inspirującym krajem, który bardzo szanuje swoją kulturę. Mam poczucie, że tamtejsza kultura nie jest wstawiona do skansenu, a żywa, na ulicach. Bardzo podoba mi się, że Koreańczycy zapraszają turystów do uczestniczenia w niej. Zwiedzając Seul można wypożyczyć sobie hanbok, tradycyjny koreański strój, i poczuć jak to było dawniej. Swoją drogą, jeśli ubierzemy się w hanbok, możemy zwiedzić królewską rezydencję, pałac Gyeongbokgung bezpłatnie. Koreańczycy są bardzo uprzejmi, przyjaźni i pomocni dla turystów. Wielokrotnie zdarzało nam się (oczywiście podróżowałam z mężem), że kiedy czegoś szukaliśmy, ktoś przystawał i pytał się, czy w czymś nam pomóc. A potem nawet odprowadzał nas we właściwe miejsce. Bardzo to było urocze. Ujmująca jest także szczodrość Koreańczyków. Zdarzyło nam się dostać coś za darmo do naszego zamówienia. Kiedy kupiliśmy pyszne pączki kkwabaegi, w pokoju hotelowym zorientowaliśmy się, że mamy ich znacznie więcej. Sprzedawca postanowił dołożyć od serca kilka swoich pysznych wypieków.

Co najbardziej ceni Pani w ich kulturze i skąd w ogóle czerpała Pani informacje podczas pisania tej powieści?

Informację o Korei czerpałam z filmów, książek, od ludzi, którzy wiedzą o Korei więcej ode mnie, a także tak jak wspomniałam, z własnych przeżyć na koreańskiej ziemi. Koreańska kultura jest bardzo ciekawa, a z naszej perspektywy także egzotyczna, ale może właśnie dlatego tak bardzo fascynująca. Choć mimo tej odmienności, mamy z Koreańczykami wiele wspólnego, jak choćby to, że jedzenie jest dla nas czymś istotnym kulturowo, mamy także podobny szacunek do starszych. Odkąd zainteresowałam się koreańską kulturą, bardzo dużo gotuję z tamtejszej kuchni i przepadam za nią. A moja zupa doenjang jjigae jest naprawdę pyszna i często gości na naszym stole. Mieszkam we Wrocławiu, gdzie żyje duża społeczność Koreańczyków, a co za tym idzie są restauracje, gdzie można skosztować autentycznego koreańskiego jedzenia, bez konieczności kupowania biletu do Seulu. Oprócz gotowania uczę się także języka koreańskiego, co sprawia mi sporą przyjemność i jest sporym wyzwaniem, ale robię postępy. 😊

To już 22 Pani książka, czy emocje podczas premiery są podobne jak na początku? Czy już Pani przyjmuje to bardziej spokojnie?

Emocje zawsze są. Choć te przy debiucie chyba jednak były największe. Do dziś pamiętam datę, kiedy ukazała się moja pierwsza książka, choć minęło już szesnaście lat. Jednak zawsze przy okazji premiery kolejnej powieści pojawia się ekscytacja i radość, że książka będzie mogła trafić do rąk czytelników. Każdy tytuł kosztuje mnie sporo pracy, więc jestem szczęśliwa, że daną historią będę mogli też cieszyć się inni.

Czy bardzo zmieniła się Pani, jako pisarka podczas tych wszystkich lat pisania? Jaka największą zmianę Pani dostrzega?

Myślę, że sporo się we mnie zmieniło. Z pewnością rozwinął się mój warsztat. Choć zawsze pomysł, jego oryginalność, był dla mnie istotny (i jest to wyróżnikiem mojej twórczości), to odkąd wydaję książki we własnym wydawnictwie mam wrażenie, że rozłożyłam twórcze skrzydła jeszcze szerzej. Nie muszę się na nikogo oglądać i nic mnie nie ogranicza. Pozostaje tylko nieskrępowana kreatywność. To jest bardzo cenne dla mnie jako artystki. Ponadto niegdyś pisałam w rytmie dwie książki rocznie. Byłam w stanie utrzymać to tempo przez wiele lat, ale teraz już tego nie potrzebuję. Już nie biegnę, niczego sobie nie narzucam. Jeśli historia się we mnie pojawi i okaże się na tyle ważna, żeby ją opisać, to to zrobię, starając się, aby wyszło najlepiej jak potrafię. Zrozumiałam, że najważniejsze to podążać za sobą, w swoim własnym rytmie.

A czy prywatnie też sięga Pani po literaturę koreańską? Może Pani coś polecić?

Tak, czytuję koreańskie tytuły i lubię ich niespieszność. Uważam, że to właśnie jest cechą charakterystyczną tamtejszej literatury. U nas fabuła musi być usiana ekscytującymi wątkami, zwrotami akcji, a w koreańskiej literaturze akcja toczy się zazwyczaj dość powoli, często bez fajerwerków fabularnych, co nie oznacza wcale, że jest nudna. Cenię sobie w tej literaturze życiową refleksyjność i ciepło. Moją ulubioną (póki co) pozycją z tamtego rynku jest „Witajcie w księgarni Hyunam-Dong”, autorstwa Hwang Bo-reum. Zastanawiałam się nawet kiedyś, czy mogłabym się zainspirować tamtejszym sposobem pisania, ale jednak nie. Mam swój styl, w którym się najlepiej odnajduję i swoje środki wyrazu. Jednak spojrzenie na swoje pisanie z innej perspektywy dało mi jeszcze więcej luzu, bo zrozumiałam, że wcale nie wszystko musi być zawsze na sto dwadzieścia procent, a mam takie zapędy. Ale to taka moja prywatna refleksja. Generalnie mam poczucie, że to co polski czytelnik z łatwością wybaczy zagranicznemu autorowi, tego samego już polskiemu pisarzowi nie wybaczy tak łatwo.

Czy w związku z premierą najnowszej książki planuje Pani trasę autorską? Gdzie może się z Panią spotkać?

Nie planuję trasy autorskiej, ale rozważam organizację spotkania online po premierze.

Zagląda Pani na portale i czyta recenzje swoich książek, czy raczej unika Pani tego?

Owszem, czytam. Szczególnie po premierze, bo jestem ciekawa jak dana historia została odebrana. Moje podejście do internetowych recenzji ewoluowało przez lata. Przyglądam się im, ale ludzkie reakcje mnie nie określają. Tym bardziej, że każda opinia filtrowana jest przez wrażliwość, oczytanie, doświadczenie, erudycję danego człowieka. I niekoniecznie czyjeś osobnicze wrażenie mówi coś w miarę obiektywnego o książce. Choć rzecz jasna może. W każdym razie nie jest to dla mnie żadną wyrocznią. Zresztą i tak zawsze podkreślam, że piszę dla tych, którym podoba się moja twórczość.

Czy na przestrzeni tych wszystkich lat rynek książki bardzo się zmienił w Pani odczuciu? Są to zmiany na lepsze, czy raczej niekoniecznie dobre?

W moim odczuciu chyba głównym problemem jest to, że wszystko jest chwilowe w dzisiejszej kulturze. Piosenki, filmy, książki, pojawiają się „na sekundę”, po czym szybko się o tym zapomina, bo pojawia się coś nowego. Na podobną chwilę. Można by sądzić, że to dobrze, iż wiele osób teraz tworzy, jednak wszechobecny zalew różnych propozycji sprawia, że nie pochylamy się nad danym tytułem na dłużej. Ostatnio zastanawiałam się, jak długo żyłaby w czytelniczej świadomości „Lalka” Bolesława Prusa, gdyby wyszła w tym roku. Uwielbiam tę książkę, ale obawiam się, że zostałaby szybko zapomniana. I wątpię, czy pamiętano by o niej tak długo, czy stałaby się ikoną. Martwiący jest też brak odsiewu rzeczy wartościowych od literatury na niskim poziomie. Wielokrotnie słyszałam, że ktoś sięgnął po książkę i się zraził, bo była źle napisana, z błędami. Szczerze powiedziawszy, nie wieszczę świetlanej przyszłości książkom, choć oczywiście zawsze będzie grupa ludzi (całe szczęście), która będzie z radością po nie sięgać. Może byłoby  inaczej, może ludzie przypomnieliby sobie o lekturze, gdyby odciąć Internet? Może nie byłoby to wcale takie złe. W Korei spodobało mi się także to, że jeżdżąc metrem często widziałam ludzi czytających książki. A ich księgarnie to prawdziwe perełki. U nas zaś księgarnie nierzadko wypierają second handy. To bardzo gorzka konstatacja. Bardzo mnie martwi także brak szacunku do twórców. Często uważa się, że pisarz powinien cieszyć się z samego faktu, że ktoś sięga po jego książki i pojawia się oburzenie, kiedy twórcy głośno mówią o tym, że to ich praca, a za nią należy się godziwa zapłata. Wątpię, czy ci oburzeni byliby skłonni zrezygnować ze swojego wynagrodzenia i oferować swoją pracę za darmo zadawalając się tylko własną satysfakcją. Jedno jest pewne, pisanie trzeba kochać, żeby to robić. Myślę, że piękny byłby świat, gdyby każdy lubił to, czym się zajmuje. I robił to z sercem i oddaniem.

Marta Mrowiec
Marta Mrowiec
Czyta, pisze, biega, chodzi po górach, ogląda mecze i słucha rapu. Nietypowo typowa kobieta.

Komentarze

Najczęściej czytane