Ostatnio opowiadałam Wam o wspaniałej trylogii, a dzisiaj zapraszam na rozmowę z Autorką.
Na początku gratuluje tej serii. To wspaniała i poruszająca historia. Jak długo Pani nad nią pracowała?
Dziękuję serdecznie za miłe słowa. Nad historią Rity i Janka pracowałam intensywnie przez dwa lata, ale tak naprawdę ta opowieść dojrzewała we mnie znacznie dłużej. Zbieranie materiałów, przemyślenia, rozmowy, poszukiwanie tonu i formy – to wszystko poprzedzało sam proces pisania. Przez lata nosiłam w sobie potrzebę, by opowiedzieć tę historię. Musiała we mnie dojrzeć – emocjonalnie i literacko.
Co było najtrudniejsze podczas pisania?
Zdecydowanie najtrudniejsze były dla mnie sceny wojenne – choć nie te przedstawiające front oczami mężczyzn, lecz te widziane z perspektywy kobiet. Tych, które zostały w domach i musiały zmierzyć się najpierw z okupacją niemiecką, a później z okrucieństwem Armii Czerwonej. Bardzo zależało mi na tym, by pokazać, że wojna nie dzieliła cierpienia według narodowości. Że jej piętno nosiły nie tylko Polki, Kaszubki czy Żydówki, ale także Niemki – kobiety, na których mścili się sowieccy żołnierze. Wszystkie one, niezależnie od pochodzenia, przeszły przez piekło. Gdy zbierałam materiały i czytałam relacje o tym, co działo się w Gdańsku i na terenie Niemiec po wkroczeniu Armii Czerwonej, serce pękało mi z bólu – jako kobiecie, ale przede wszystkim jako matce dwóch nastolatek. Trudno było mi przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego.
Z którym z bohaterów zżyła się Pani najbardziej? I czy zakończenie od razu było zaplanowane, czy powstało wraz z rozwijaniem fabuły?
Zdecydowanie zżyłam się najbardziej z Jankiem. Od samego początku był dla mnie postacią szczególnie poruszającą – kimś, za kogo inni stale podejmowali decyzje, kto często stawał przed faktami dokonanymi, nie mając wpływu na własny los. A ten, niestety, nie był dla niego łaskawy. Gdy tylko próbował zawalczyć o swoje szczęście, napotykał kolejne przeszkody – ludzi, sytuacje, okoliczności. Mimo to pozostał dobrym człowiekiem: lojalnym, uczciwym, pełnym wewnętrznej siły. Nie chciał nikogo skrzywdzić, pragnął jedynie bronić tego, co dla niego najważniejsze – kraju, domu, rodziny. I był wierny tej jednej, wielkiej miłości – nawet wtedy, gdy życie próbowało go od niej odciągnąć.
Jeśli chodzi o zakończenie, to od początku nosiłam w głowie dwie wersje i długo nie potrafiłam zdecydować, która z nich wygra. Obie były mi bliskie, każda niosła inne emocje. Ale gdy zbliżałam się do końca pisania, odpowiedź przyszła sama. Czułam całą sobą, że ta historia właśnie tak musi się skończyć – inaczej byłaby niepełna, nieprawdziwa.

Który z etapów pracy nad książką był dla Pani najtrudniejszy?
Chyba najtrudniejszy był ten ostatni etap – poprawki. Jestem z natury perfekcjonistką, więc bardzo zależy mi na tym, by wszystko, co robię, było dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. To sprawia, że rzadko mam poczucie, że książka jest naprawdę „skończona”. Za każdym razem, gdy do niej wracam, znajduję coś, co jeszcze mogłabym ulepszyć, zmienić, wygładzić. Trudno mi się od niej ostatecznie oderwać – bo zawsze kusi, by jeszcze coś dopisać, wykreślić, przestawić.
A jak jesteśmy przy planowaniu, czy pisze Pani zgodnie z konspektem, czy tworzy pod wpływem chwili?
Zaczynam od konspektu – planuję, układam strukturę, próbuję uporządkować wątki. Ale gdy już siadam do pisania, wszystko zaczyna żyć własnym rytmem. Wchodzę w świat bohaterów, zaczynam z nimi „żyć” i zadawać sobie pytania: co by zrobili? Jak by się zachowali w tej chwili? I bywa, że to, co zaplanowałam, nagle przestaje do nich pasować. Wtedy bez wahania zmieniam konspekt, poprawiam, przestawiam sceny. Pisanie to dla mnie proces żywy – poddający się emocjom, nie tylko schematom.
Jak wygląda Pani dzień pod kątem pisania? Ma Pani ulubione miejsce, porę pisania, jakieś rytuały pisarskie?
Najbardziej lubię pisać rano. Niestety, ze względu na pracę zawodową rzadko mogę sobie na to pozwolić. Zdarzają się dni natchnienia, kiedy potrafię spędzić przy komputerze niemal cały dzień, ale bywają też takie, kiedy z trudem udaje mi się napisać jedno zdanie.
Najchętniej piszę w moim małym gabinecie, który udało mi się stworzyć w nowym domu. To moje ukochane miejsce – mam tam wszystko, czego potrzebuję: ciszę, spokój, świeczki, biblioteczkę, wygodny fotel i duże biurko. Ale kiedy przychodzi wena, potrafię pisać dosłownie wszędzie – w kolejce do lekarza, w samochodzie, na szkolnej przerwie. Zdarza się, że budzę się w środku nocy, bo od dawna nie dawał mi spokoju jakiś wątek, a nagle pojawia się rozwiązanie. Sięgam wtedy po telefon i zapisuję myśli, zanim uciekną. Nauczyłam się, że muszę mieć książkę zawsze przy sobie – dlatego trzymam plik na dysku i mogę edytować nawet na telefonie. W pisaniu liczy się nie tylko dyscyplina, ale też gotowość, by złapać ten jeden moment, gdy historia sama zaczyna się mówić.
A jako czytelniczka po jakie książki sięga Pani najchętniej?
Uwielbiam książki z historią w tle. Zawsze była mi bliska literatura polska – kocham Mickiewicza, ale cenię także pozytywizm, z Elizą Orzeszkową i Bolesławem Prusem na czele. Uwielbiam też powieści Jane Austen – za ironię, subtelność i siłę kobiet ukrytą pod warstwą konwenansów. Chętnie sięgam po literaturę współczesną, ale to właśnie klasyka i historie osadzone w przeszłości poruszają mnie najmocniej.
Wybiera Pani zazwyczaj tradycyjnie wersje papierową, czy może ebooki lub audiobooki?
Jestem zdecydowaną tradycjonalistką – wybieram papierowe książki. Uwielbiam ich zapach, szelest kartek, sam rytuał czytania. Owszem, zdarza mi się sięgnąć po e-booki, ale raczej sporadycznie – głównie podczas wakacyjnych wyjazdów, kiedy chcę odciążyć bagaż.
Nie słucham audiobooków. Mam z nimi pewien problem – trudno mi się skupić, bo w mojej głowie ciągle coś się dzieje. Planuję, analizuję, myślę o pracy albo o książce, którą właśnie piszę. W takich chwilach wolę po prostu posłuchać muzyki, a książki – czytać, nie słuchać. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób audiobooki są świetnym rozwiązaniem, ale ja po prostu potrzebuję ciszy i skupienia przy lekturze.



