Nie chciałem pisać klasycznego kryminału, bo uznałem, że na rynek warto wejść z niejednoznaczną powieścią, taką „na granicy” – wywiad z Robertem Małeckim

Robert Małecki przekonuje, że Najgorsze dopiero nadejdzie. Przeczytajcie wywiad z autorem, w którym nieco bliżej go poznacie, a także dowiecie się wielu ciekawych rzeczy o pisaniu i tworzeniu.

Najgorsze dopiero nadejdzie to mocne wkroczenie na polski rynek wydawniczy. Skąd pomysł na fabułę?

Szukałem prostej historii, która dawałby się przedstawić w atrakcyjny sposób i na dodatek takiej, która byłaby inspiracją dla całej trylogii, na którą podpisałem już umowę z wydawcą. Od blisko siedmiu lat wiedziałem, że protagonistą w mojej powieści będzie dziennikarz Marek Bener, któremu zaginęła żona. Musiałem do tego dobudować odpowiedni wątek kryminalny.

 Jesteś uczestnikiem warsztatów kreatywnego pisania, co teraz, z perspektywy czasu możesz o nich powiedzieć? Czego się nauczyłeś?

Były dla mnie trampoliną do osiągnięcia tego małego sukcesu jakim jest debiut na rynku wydawniczym. Gdyby nie udział w tych warsztatach pewnie nie udałoby mi się zadebiutować. I nie chodziło o to, że nie umiałem pisać, ale o to, że potrzebowałem drogowskazów, by w tym gatunku sprawnie się poruszać. Jeśli pytasz czego się nauczyłem, to jest mi niezwykle trudno wskazać proste odpowiedzi. Z każdego z moich guru, a mam tu na myśli Mariusza Czubaja, Martę Mizuro, Marcina Świetlickiego i Kasię Bondę, wyniosłem to, co jak sądziłem, najbardziej mi się przyda. Przykład? Na początku pisarskiej drogi miałem tendencję do pisania „czarno-białego”: albo mój bohater się śmiał albo był wściekły. Nie zauważałem szarości, na które zwrócił moją uwagę Mariusz Czubaj.

W podziękowaniach wymieniasz m.in.: Katarzynę Bondę i jak wiesz sposób w jaki konstruujesz fabułę przypomina mi właśnie twórczość tej autorki. Kasia to wymagająca nauczycielka?

Niezwykle wymagająca, ale też o niezwykłej wiedzy gatunkowej i znakomitym warsztacie. Ustawiała mnie po kątach, rugała za idiotyczne scenki, za niewykorzystane w nich możliwości fabularne. Każde spotkanie z Kasią polegało na tym, że wchodziłem na ring i nim zdążyłem unieść pięści dostawałem strzał między oczy. Po skończonym kursie miałem już wyrzucić „Najgorsze dopiero nadejdzie” do kosza, bo zrozumiałem, że tak naprawdę zmarnowałem siedem lat na jakieś mrzonki o debiucie kryminalnym. Kasia obnażyła wszystkie moje słabości. Bolało to jak cholera, ale w końcu zebrałem się w sobie, zagryzłem wargi i ruszyłem dalej. Duża w tym zasługa Kasi Bondy.

fot. Łukasz Piecyk

Jesteś również dziennikarzem, czy to własne doświadczenie sprawiło, że zdecydowałeś się, aby Twój bohater też był dziennikarzem?

Oczywiście. Zajmowałem się dziennikarstwem w sumie kilkanaście lat, byłem kierownikiem redakcji lokalnej dziennika, znałem tę robotę od podszewki. Nie zastanawiałem się długo nad tym, kogo wybiorę na bohatera kryminałów. Jednocześnie wiedziałem, że o lokalnym dziennikarstwie mogę sporo ciekawych rzeczy napisać i to takich, które mogłyby zainteresować osoby spoza dziennikarskiego kręgu. Bo ten zawód jak każdy inny walczy ze stereotypami. Chciałem je przełamać i pokazać tę robotę taką, jaką jest w rzeczywistości. Nie wiem tylko czy to się udało.

Ile z Roberta Małeckiego jest w Marku Benerze?

Dokładnie tyle samo ile Benera w Małeckim (śmiech). Wiele nas łączy, słuchamy tej samej muzyki, Bener jeździ jednym z moich ukochanych przed laty samochodów, obaj skończyliśmy filozofię na UMK, obaj mamy związek z dziennikarstwem. Ale jednocześnie mamy zupełnie inne doświadczenia osobiste. Benerowi zaginęła żona, a ja jestem szczęśliwym małżonkiem i tatą. Poza tym, Bener miał otwartą drogę do światowej kariery bokserskiej, podczas gdy ja kopałem jedynie piłkę na poziomie znośnym jeśli chodzi o szkolne boisko.

W recenzji pisałam, że nie lubię szufladkowania. Dla mnie Twoje debiutancka książka to powieść sensacyjna z wątkiem kryminalnym. Jestem ciekawa jak sam byś ją zaklasyfikował?

Generalnie też nie lubię szufladkowania, bo nie ma to żadnego sensu. Z literaturą rozrywkową, bo taką uprawiam jest tak, że albo powieść jest dobra albo zła. Cała reszta jest bez znaczenia. Bo czy jeśli Ci powiem, że pisałem thriller to mi uwierzysz?

Hmm przed lekturą mogłabym uwierzyć 😉 Jak wiesz dla mnie miejscami fabuła jest przeszarżowana. Nie miałeś obaw, że niektóre sceny zostaną tak odebrane, że są zbyt „oderwane od rzeczywistości”? Czy właśnie miały takie być, wyrwane niczym z filmu akcji? 😉

Bałem się oczywiście, ale taka była konwencja tego pierwszego tomu. Miał być „jakiś”. Nie chciałem pisać klasycznego kryminału, bo uznałem, że na rynek warto wejść z niejednoznaczną powieścią, taką „na granicy”. I pod tym względem to się udało.

Jeśli jesteśmy już przy wątku filmowym, kogo z polskich aktorów widziałbyś w roli Marka Benera?

Boję się o tym nawet myśleć, ale wiem, że najlepiej nadawałby się do tej roli Tomasz Kot.

fot. Łukasz Piecyk

O, to ciekawy wybór. Wracając do książki zakończenie informuje nas, że najgorsze dopiero nadejdzie. W założeniu ma powstać trylogia. Zatem na jakim etapie są prace nad kolejnym tomem?

Jestem w trakcie pisania drugiego tomu, a plan trzeciego mam zarysowany po japońsku, czyli „jako tako”. Nie układam go sobie w szczegółach, bo jestem przekonany, że po napisaniu drugiej części otworzą mi się w głowie kolejne furtki fabularne, które będę mógł wykorzystać w ostatniej części trylogii. Trzeba dać się ponieść wyobraźni.

Pracujesz obecnie tylko nad tą trylogią, czy w międzyczasie jeszcze coś piszesz?

Mam pewien pomysł na to, co zrobić między drugim a trzecim tomem trylogii o Benerze, ale wolałbym jeszcze niczego nie zdradzać, żeby nie zapeszać.

Szukając informacji o Tobie, natrafiłam na wzmiankę, w zasadzie na Twojej stronie, że pierwsza książka, którą napisałeś ma nakład 5 sztuk i leży w biurku. Wspominasz też, że masz nadzieję, że nikt jej stamtąd nie wyciągnie. Zdradzisz chociaż trochę o czym jest ta książka? To również kryminał?

Tak, to był kryminał. Był w nim nawet Marek Bener i jego zaginiona żona. Fabuły na szczęście nie pamiętam w szczegółach, bo gdybym pamiętał, to spaliłbym się ze wstydu. Dość powiedzieć, że był to kryminał tak mroczny, że w ogóle niewiele w nim widać (śmiech). Ale miał dobry tytuł. Być może go jeszcze wykorzystam. Była to powieść pod nazwą „Splot”.

Jesteś miłośnikiem kryminałów i thrillerów. Jaka książka z tych gatunków zrobiła ostatnio na Tobie duże wrażenie?

Prawda jest taka, że jestem nieuleczalnie zakochany w Harlanie Cobenie i Arlandurze Indridasonie. Uwielbiam też powieści Bernarda Miniera. Ale ostatnio znakomite wrażenie wywarła na mnie powieść Roberta Ostaszewskiego „Zginę bez Ciebie”. Byłem pod wrażeniem konstrukcji bohatera i fabuły. Kryminał zdecydowanie godny polecenia!

Czym dla Ciebie powinien charakteryzować się dobry kryminał?

Gdybym wiedział, nigdy bym tego nie zdradził (śmiech). Bardzo lubię proste historie opowiedziane w atrakcyjny sposób. Pod tym właśnie względem zarówno Coben jak i Indridason są mistrzami świata. Jeśli jednak przyparłabyś mnie do muru, to zarzekałbym się, że nic w kryminale nie jest tak istotne jak główny bohater. Jeśli jest genialny, to uniesie każdą historię i to bez względu na to czy raz będzie ona lepsza czy gorsza. Spójrzmy kolejny raz na moich mistrzów. Jeśli w ckliwym romansie znalazłbym Myrona Bolitara łyknąłbym powieść w jeden wieczór. Przy okazji zaopatrzyłbym się w chusteczki higieniczne i rzewnie płakał.

najgorsze

A sięgasz też po inne gatunki? Jeśli tak, to jakie?

Na razie nie. I już mówię dlaczego. Kiedy zabierałem się do pisania drugiej powieści powstrzymywało mnie jedno. Wmawiałem sobie, że wciąż za mało przeczytałem kryminałów. Że jest jeszcze wielu autorów, których powieści nawet nie powąchałem. Więc nadal brnę w ten kryminał, nadal szukam w każdym takim tekście świeżego powiewu. Im więcej czytam, tym częściej wydaje mi się, że jeszcze więcej powinienem przeczytać. Ale doba nie jest z gumy, niestety.

W Twojej książce przewijają się tytuły piosenek i teksty z utworów Dżemu. Odbiegając od literackich tematów, kogo jeszcze słuchasz?

Cytując klasyka powiem tak: bardzo lubię te piosenki, które znam. Generalnie uwielbiam gitarowe dźwięki, od zawsze szukam w utworach dobrych melodii. I tak jak lubię stary dobry polski rock, tak samo lubię klasyczne brzmienie gitary Richiego Sambory, gitarzysty Bon Jovi. Uwielbiam też słuchać Chrisa Rea. To genialny kompozytor i świetny wokalista. Można by jeszcze długo o muzyce gadać, ale poprzestańmy na tych nazwiskach.

W Rewersie, czyli antologii polskich opowiadań kryminalnych możemy przeczytać również Twoje opowiadanie. Jestem jeszcze przed lekturą, a więc moje pytanie będzie związane z czymś innych. Łatwiej tworzy się krótkie formy?

Wszystko zależy od fabuły. Kiedyś wydawało mi się, że łatwiej jest pisać opowiadania, ale gdy po „Najgorszym” zabrałem się za opowiadanie „Horyzont”, który jest w „Rewersie” bałem się, że rozciągnie mi się to w powieść. Notabene tak zrobił Rysiek Ćwirlej. Pisał, pisał i pisał, aż w końcu uznał, że zrobi z tego powieść. Ja czułem podobnie. Limit znaków zbliżał się nieubłaganie, a fabuła dopiero się rozkręcała. Zatem nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie.

Jeśli jeszcze nie czytaliście zachęcam do zapoznania się z recenzją.

Marta Mrowiec

Gdyby nie książki zapewne więcej pisałaby o muzyce, gdyby nie muzyka więcej pisałaby o książkach. Dwa światy, które wypełniają moje życie. Świat dźwięków, o których szerzej wypowiadam się na jednej ze stron muzycznych oraz świat kreowany za pomocą słowa, o którym wypowiadam się tutaj.

Ostatnio opublikoWANE